Chusteczki

Stolica. Plac przed ekskluzywną szkołą dla dzieci i młodzieży. Placówka jest chroniona przez pracowników wyspecjalizowanej firmy. Pierwsza zmiana kończy lekcje. Rodzice i guwernerzy okupują miejsca parkingowe, dyskretnie wypatrując swoich podopiecznych. Latorośle tymczasem, ubrane w nienagannie skrojone mundurki, wybiegają z budynku szkoły. Tłum gęstnieje. Moje silne przeziębienie daje się coraz bardziej we znaki. Potrzebuję chusteczek jednorazowych na już. Te, które mam, zużywają się w zastraszającym tempie. Nagle za tłumem dostrzegam pełzające po chodniku dziecko. W pierwszej chwili myślę, że obraz został wykreowany tylko w mojej głowie, trawionej gorączką. Tuż obok pełzającego szkraba pojawia się drugi. Leży na kocyku, zajmując niewielką część brudnego chodnika. Uczniowie szkoły oraz ich bliscy mijają naprędce dzieci oraz postać, która na płachcie rozłożonej obok dziecka sprzedaje… chusteczki higieniczne. Podchodzę bliżej i usiłuję wyjaśnić, że potrzebuję sporego zapasu. Wychudzona dziewczyna o dłoniach zniszczonych pracą oraz nieregularnym trybem życia wręcza mi dwie paczuszki chusteczek i podaje cenę. Nie mówię w jej języku. Płacę za kilka opakowań. Jedno z dzieci na czworakach surfuje pomiędzy nogami przechodniów. Drugie śpi na kocyku obok towaru, jakby nie istniał świat ulicznego chaosu. Korków. Przechodniów podążających do klubu fitness albo na lunch. Matka wydaje resztę. Nasze spojrzenia krzyżują się. Za dużo. Nie chcę się targować. Chcę kilka opakowań. Słychać znajomy krzyk: pospiesz się. Nie zdążymy na autobus. Kobieta bierze zapłatę za jedną paczkę, a pozostałe wkłada mi w dłonie. Nie mogę tego przyjąć. Spogląda mi prosto w oczy. Mam zapas. Obejmuje swoją dłonią (a właściwie jej szkieletem) moją, która kurczowo trzyma opakowanie chusteczek. Pozwalam sobie pomóc. Obiecuję wrócić tą samą trasą. Przyniosę jej obiad. I nie zapomnę. Kilka godzin później już jej nie ma. Kolejnego dnia nie ma śladu po przeziębieniu.

One. Akcja

-Nie pozwolisz mi na działanie? Mogłabym coś zorganizować, a przynajmniej podjąć próbę.

-Nie zgadzam się.

-Domyślam się, dlaczego.

-Jeśli chcesz, możesz wesprzeć inną aukcję. Robiłaś kiedyś piękne kartki. Mogłabyś przy okazji zareklamować swoje usługi. Stałabyś się sławna.

-Nie zależy mi na sławie. Może spróbujmy ze zbiórką? Portale społecznościowe mają szeroki zasięg.

-Istotnie. Musiałam zachorować, abyś się odezwała.

-Oj, bierzmy się do roboty. Nie ma czasu do stracenia.

-Mam mniej czasu niż Ty. Zawsze chciałam pozwolić sobie na komfort jego tracenia. Póki co skończyliśmy kolejną terapię.

-Dała coś?

-Opowiem, gdy otrzymam wyniki. Pomożesz młodej w lekcjach?

-Tak. Co tam obecnie omawiają?

-Trzeba ją stale kontrolować i odpytać z biologii. Budowa mózgu i jego możliwości.

-Z tego tematu chyba niewiele pamiętam.

-Na pewno wiesz więcej ode mnie. Odświeżasz sobie nieustannie tę wiedzę. Przyjedziesz latem?

-Takie mam plany. To będą piękne wakacje.

-Opowiesz mi, jak było. Nie chciałabyś wystąpić?

-Przestań. Chyba że w sprawie Twojego zakupu.

-Umiesz wiązać chustki na głowie w ciekawy sposób?

-Nie umiem.

-Mogłabyś poćwiczyć. Masz ich tyle. Chustek, nie głów oczywiście.

-Mogę Ci je oddać, jesli chcesz.

-Farbujesz włosy.

-Tak.

-To nie możesz oddać.

-Jakie to ma znaczenie? Myślałam o chustkach. Pozwól sobie sprawić niespodziankę.

-Trzeba będzie przejść się do szkoły. Asystent rodziny jest kompletnie niewydolny. Napisałabym Ci upoważnienie. Załatwisz kilka spraw w moim imieniu? Składki. Wycieczka. Odbiór młodszego ze świetlicy.

-Nie da rady zrobić tego zdalnie? Na przykład przelewem?

-Są zaległości. A co do świetlicy już wpisałam Twoje nazwisko na listę opiekunów.

Notatki. Święta po naszemu

Od lat można zaobserwować stopniowe wydłużanie się czasu oczekiwania na święta Bożego Narodzenia, które charakteryzują się między innymi tym, że przypadają w stałe dni roku. Pierwsze życzenia radosnego przeżywania Gwiazdki otrzymałam w okolicy połowy października, zatem w czasie, gdy niektórzy jeszcze nie powrócili z letniego urlopowania. I tak już w październiku na witryny sklepowe trafiły rozmaite ilości czekoladopodobnych wyrobów w złotkach, pierników w różnych smakach, udekorowanych w gwiaździste symbole, otyłych, plastikowych dziadków w czerwonych paltach tudzież ich inflacyjnej wersji – po diecie keto, z sześciopakiem (nie zawsze na ciele). Co my świętujemy? Chciałoby się zapytać coraz głośniej i wyraźniej. I kiedy?

-Jestem znudzona czekaniem na święta. Najadłam się korzennych ciastek, udekorowałam dom miesiąc temu. Część dekorów została rozwalona przez kota, który lubi się nimi bawić. Prezenty dla rodzinki leżą w szafie, dostarczone i zapakowane przez znaną firmę. Potrawy zamówiłam z odpowiednim wyprzedzeniem.

-A gdybym Ci powiedziała, że można czekać na coś inaczej, pełniej?

-Nudy.

-Wojna o życie karpi to nie wszystko. Wyjedź gdzieś, odpocznij.

-Irytuje mnie dźwięk Twojej bransoletki, gdy piszesz, a jej elementy ślizgają się po klawiaturze.

-Nie słuchaj. Odpraw… Co tam za rytuały odprawiasz?

-I tak w to nie wierzysz.

-Nie przyniosły spodziewanej poprawy, co?

-Widocznie nie skupiłam się zbyt mocno na oddechu.

-Może byś gdzieś wyszła zamiast narzekać? Dotlenisz się. Wrócisz z otwartą, odświeżoną głową.

-Dlaczego nie chcesz dekorować mieszkania ani piec pierników? Dlaczego jesteś taka uparta? I tak co roku.

-Zbędne atrakcje. Pierniki kupuję i jem przez okrąglutki rok. W różnych smakach. W mieszkaniu utrzymuję porządek niezależnie od świąt.

-Nie chcesz zmiany? Takiej trwałej. Radykalnej.

-Nie.

-Może wpadniesz do nas w pierwszy dzień świąt? Wiem, co powiesz. To, co każdego roku.

-Dziękuję, nie.

-Co będziesz robić?

-Wspominać.

Frytki z batatów

-Pani jest taka pełna życia i ma piękną cerę. Jaki jest sekret utrzymania jej w tak dobrej kondycji? Jeśli to nie tajemnica oczywiście.

-Częstuję ludzi uśmiechem. Oprócz frytek, ale nimi zarabiam na życie. Podać Pani sól?

-Nie, dziękuję. Od razu Panią zauważyłam. Ma Pani fantastyczne podejście do dzieciaków. Ale na tym chyba nie da rady zarobić tym bardziej, że cena porcji dla nich jest inna niż ta oficjalnie podana.

Ruch przy budce wzmaga się, więc rozmowa jest przerywana. Ale mimo to właścicielka nie przestaje się uśmiechać do klientów dla każdego mając ciepłe słowo.

-Jest Pani bardzo spostrzegawczą osobą w takim razie. Kiedyś pracowałam w szkole. Napatrzyłam się na to, jak dzieciaki boksują się z życiem.

-I co sprawiło, że po części zmieniła Pani profesję?

-Sporo przeszłam. Nie godziłam się na zmiany. W międzyczasie przebrnęłam przez ciężki rozwód. Zostałam z niczym. Bez mieszkania. Nie miałam się gdzie podziać. Wtedy poznałam B. Gdzieś tu się kręci. Robi obchód okolicy. Jutro wyruszamy bardziej na północ.

-Też na kiermasz tego typu?

-Tak, połączony z nadaniem imienia jakiemuś ośrodkowi.

-Taki kawał świata Państwo zjeżdżą. Można przy okazji poznawać ciekawych ludzi.

-Głównie bezdomnych. Takich jak my. Nie wiem, na ile jest Pani zorientowana w temacie tzw. wykluczonych.

-Coś tam wiem, ale to nieuporządkowana wiedza i raczej nienabyta na drodze osobistej praktyki.

-W Polsce żyje cała masa ludzi, którzy nie mają się gdzie podziać. Wędrują z dobytkiem na plecach lub w rękach. Widzę w nich siebie sprzed lat.

-Duży ruch u Pani.

-Nie zawsze tak było. Konkurencja nie śpi. Podatki nas zjadają.

-Frytki smakują wybornie. Pomysł oryginalny. Posiłki spod znaku eko na kółkach.

-Cieszę się, że Pani tak mówi. Od wczoraj widzę, jak Pani krąży po polu, ale stołuje się chyba głównie u nas. Mam rację?

-Tak i dlatego mam odwagę zapytać o czas sprzed ciężarówki.

-Chciałam być zawodowym kierowcą, dlatego złożyłam podanie do technikum w czasach, gdy dziewczyn raczej nie przyjmowano do tego typu szkół. Wraz z dwiema koleżankami byłyśmy pionierkami.

-Świetnie. Warto przełamywać schematy. Iść pod prąd. Pokazać, że można.

-Byłam… Jestem autsajderem. Pani też nim jest. Widzę to w Pani oczach. Taka wilczyca stepowa.

-Coś tłoczno na tym stepie się robi.

Dzień Matki

Kwiaty. Bukiety. Czekoladki. Mnóstwo kwiatów. Mnóstwo czekolad. I znicze. Mnóstwo. Cmentarze i groby toną w zniczach i świeżych kwiatach. Alkohol. Podzwaniają butelki w sklepowych koszach. Coraz więcej par oczu zdradza wspomaganie organizmu przez pochodne etanolu.

-Idę na cmentarz, bo matkę szanuję – zdradza jegomość objuczony jednorazówkami, w których połyskują butelki, wkłady do zniczy i tanie konserwy mięsne – I jeszcze ten bukiecik – dodaje.

-Proszę sobie wyjąć. Do zapłaty będzie…

-Tak drogo?! Bukietu nie wezmę. Chyba że tańszy macie. Ten jest najtańszy?! Nie biorę. Jeszcze trochę i na nic nie wystarczy.

Ze sklepowych półek znikają alkohole niczym po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Różne ceny. Róże potrzeby. Różne na nie odpowiedzi.

Na portalach społecznościowych mnożą się publikacje zawierające zdjęcia otrzymanych laurek, prezentów, bukietów i innych akcentów dowodzących pamięci. Spójrzcie, jakie piękne dzieci urodziłam. Jakie pomysłowe i jakie zaradne.

Awantura w ośrodku jeździeckim. Toczek wart więcej niż pensja pracownika stajni ląduje na betonowej posadzce. Słychać krzyki nastolatki, która gwałtownie gestykuluje próbując rodzicom wyperswadować ich pomysł.

-Nie unoś się. Ja z Tobą rozmawiam – krzyczy matka – opłaciliśmy Ci lekcje.

-Dam sobie radę. W d… mam Wasze pieniądze. Jesteście obciachowi i nudni – oponuje małolata nie przestając rozrzucać wokół siebie jeździeckich gadżetów.

-Nie słuchasz instruktora, dlatego nie ma postępów – matka nie daje za wygraną. Ojciec w tym czasie stoi z boku i spogląda w dal.

-Czego ode mnie chcesz?! Te głupie konie mnie nie słuchają – wrzeszczy latorośl, a jej obłożone końskim nawozem obuwie lecą w stronę zaparkowanych aut. Ojciec nadal stoi sztywny jak kamień. Ostoja rodziny. Skała. Młodsza siostra nieletniej awanturniczki ma łzy w oczach i cerę bladą niczym beza.

-Idźcie już. Sama wrócę – głos i zachowanie nastolatki stają się coraz bardziej agresywne – nie idę z Wami do żadnej knajpy. Utuczycie mnie jak świnię. Nie będę miała dzieci. Nie jestem jak ona. Tępa i żałosna. Rozumiem, rozumiem, powtarzasz w kółko. Latasz po psychologach. Leki chcesz mi aplikować, a chyba Ty ich potrzebujesz. Ciągnij ją dalej na sznurku do gabinetów jak świnię na rzeź. I sami z ojcem tam idźcie. Udajecie tylko.

Biznes po polsku

-Jak pobyt?

-Dobrze, dziękuję, ale za tę cenę spodziewałam się lepszych warunków.

-Co masz na myśli?

-Pchły. Były wszędzie. Pogryzły mnie. Jeszcze mam ślady. Na stopach. Na ramionach i przy obojczykach. Tam najwięcej. Poza tym kanapa była brudna i cuchnęła nieświeżością.

-Mogłaś powiedzieć. Coś byśmy zaradzili.

-Oprócz tego nie mam zastrzeżeń.

-To spokojna mieścina. Raczej trudno tam o komfort, jakiego oczekujesz. Ciesz się, że i tak coś znalazłaś o tej porze. Może chociaż zakupy się udały.

-Odwiedziłam sklepy z męską odzieżą. Znalazłam fason spodni, które idealnie na mnie leżały. Ale sprzedawca dziwnie na mnie spoglądał.

-Pewnie myślał, że szukasz modelu dla kogoś i rozmiar go wystrzaszył.

-Pewnie tak, ale wyprowadziłam go z błędu, wchodząc do przymierzalni z kilkoma parami. Leżały idealnie.

-Pokażesz?

-Tak, zaczekaj chwilę i obsłuż się.

-Aha, i gratuluję. Cieszę się, że kogoś…

-Skąd wiesz?

-Zauważyłem w toalecie męskie kosmetyki.

-Są moje.

-Taa…

-Używam ich. Szamponu, mydła, kremu do twarzy. Do rąk mam unisex.

-Tak bardzo Ci czegoś brakuje?

-To są dobrej jakości produkty. Moja twarz i włosy są po nich… jak z reklamy.

-I tak były (i są) jak z reklamy. Ulala! Świetne sztruksy! Wcale nie widać, że są na chłopaka. Aż trudno uwierzyć, że znalazłaś w swoim rozmiarze.

-Bez obaw. Zrobiłam na nich interes życia. Jeszcze jedną parę mam. Za połowę ceny.

-A co zrobisz z zaoszczędzonymi pieniędzmi.

-Dużo tego nie zostało. Opłaciłam wizytę u dermatologa i środek na ugryzienia pcheł.

Oni. Ptasie mleczko

-Zamierzasz to wszystko przeczytać?

-Uhm.

-W ciągu tych kilku wolnych dni?

-Uhm.

-To kiedy będziesz spać? Sorry, że tak…

-To jeszcze nie koniec. Część mam w formie e-booków i audio.

-Będziesz je klepać jak leci?

-Nie.

-Nie szkoda Ci czasu?

-Nie.

-A w tych kartonach co jest?

-Reczy.

-Jak się z tym wszystkim zabierzesz?

-Te pojadą kurierem. Resztę zmieszczę do podręcznego.

-I będziesz tam tylko czytać i czytać?

-Nie, będę spacerować, rozmawiać, delektować się i pisać. A Ty jak spędzisz nadchodzące święta?

-Akurat przypada mi opieka nad juniorem.

-Może jakiś męski wypad?

-Jego matka mi zabrania. Twierdzi, że psuję chłopaka. Rozpieszczam go i takie tam. Że niby rywalizuję z nią. Przekupiam go.

-To co będziecie robić?

-Nie wiem. Kupię ptasie mleczko. Podzielimy się piankami.

-Podrzuciłbyś mnie do punktu z paczkami, a potem na stację?

-Nie ma sprawy.

-Zapłacę.

-Przestań, bo nie podrzucę.

-W takim razie to dla Ciebie.

-Nie wygłupiaj się.

-Bierz. Cytrynowe. Zaoszczędzisz na świątecznych zakupach.

-Skoro nalegasz. Ale zjesz ze mną.

-Jasne. Mogę dwa?

-Możesz więcej.

-Matka młodego powinna zaprosić Cię na święta. Byłoby prościej.

-Wiesz, że nie jestem specjalnie religijny.

-Nie chodzi tu o religijność, tylko o to, by młody zobaczył Was razem.

-Wolałbym, aby zobaczył mnie razem z kimś innym.

-Weźmiesz ten duży, ja ten mniejszy. Podjedziemy do… Tam biorą najtaniej.

-Jesteś bardzo hojna.

-Próbuję pomóc.

-Komu?

-Tym, którzy tej pomocy potrzebują i o nią proszą.

-A tym, którzy nie potrafią albo nie wiedzą, jak poprosić?

-Pozostaje czekać, aż się domyślą.

-Albo zjedzą wszystkie pianki.

Patynowa Pani Domu. Święta tuż, tuż…

Pierniczki, drzewka choinkowe, prezenciki, buciki, paszteciki, dekoracje. Powstaje lista spraw do załatwienia. Każdego roku skraca się zamiast wydłużać. Każdego roku postanawiasz, że tym razem… nie stworzysz żadnej listy. Święta Bożego Narodzenia i przygotowania do nich przejdziesz na spontana w trosce o domowy budżet i własny komfort psychiczny. Lista prezentów. Bon na fitness. Z myślą o kimś, kto ma wywalone na zbędne kilogramy i od urodzenia nie stosował żadnej diety cud-miód i orzeszki. Bon do podologa. Pardon, do pedikiurzystki. Z myślą o kimś, komu stale zimno i nawet w środku upalnego lata chodzi w grubych skarpetkach, a stópki ma wypieszczone niczym dupson noworodka. Bon na kosmetyki. Z myślą o kimś, kto na skutek pandemii wpadł w panikę i zrobił zapasy wszystkiego, co pachnie, pielęgnuje, ściera, usuwa, nawilża, koloruje, wyrównuje kontury. Bon na kolejną parę martensów. Tego w tym roku nie będzie. Kalendarzowym. Na wszelki wypadek nabywasz jako asa w rękawie, a raczej w skarpetce. Najwyżej posłuży Tobie. Kiedyś tam. Jedni myślą o nowych regałach na książki, a Ty o półkach na martensy.

Tradycyjnie pierniczki nieupieczone. Dobra nasza. Drzewko choinkowe nieubrane. W roli stojaka na prezenty jak co roku wystąpią rozmaite rośliny doniczkowe. Saute oczywiście. Kuchnia! Stop! Pomyślisz o tym innym razem. Dziś nie masz w zapasie nawet czekolady, tzn. masz rozpuszczalną, ale w proszku. Nie ma do niej mleka ani śmietanki. Jest miód. Są i orzechy. Jesteś szczęśliwa.

Jest śnieg. Pierwszy raz od lat spadł o tej porze. Jesteś bardzo szczęśliwa. Wychodzisz na spacer. W wielu domach trwają przygotowania do obiadu. Obok zwyczajowego narzędzia uderzającego w rozbijane mięso słychać dźwięki christmasowej muzyki. Dzwoneczki dzwonią z głośników. A Ty wędrujesz w poszukiwaniu mężczyzny z czerwieni, który zdaniem mniej tradycyjnych przeszedł na dietę keto, zaczął trenować crossfit, założył konto na portalu społecznościowym i teraz zupełnie inaczej wygląda.

One. Przemijamy. Przepływamy

Sklep.

-Jeszcze 10 pierogów mrożonych niech mi Pani zważy.

-Z mięsem czy ruskich?

-Ruskich. Mamusia może takie zje. Nie wiem, co tu gotować. Już mnie to wszystko wk… <irytuje – przyp. Autora>

-To mama już w domu?

-W domu. Zajmujemy się nią na zmianę, trochę ja, trochę brat z bratową. Ale jeść nie chce. Drogie te pierogi?

Kobieto, na ostatniej prostej nakarmiłabym Ciebie tanimi wyrobami garmażeryjnymi z masowej produkcji i opowiadałabym po ludziach, że nie chcesz tego jeść. Jakbyś się wtedy poczuła? Dlaczego posilasz swojego rodzica w podeszłym wieku czymś, czego sama byś nie zjadła?

-Wszystkie pieniądze idą na leki. Opiekunki z urzędu mamusia nie chce, więc przychodzimy do niej. Robimy zakupy. Pranie nastawiamy. Ile tej wody idzie. I proszku. Trzeba program gotowania codziennie nastawiać. O, telefon. Tak, mamuniu. Jestem jeszcze na zakupach. Przyjdę. Przyniosę. <donośnym głosem> Pierożki Ci przyniosę. Zjesz. Smaczne. Robiłaś siku? <jeszcze głośniej> Czy siku robiłaś? Nie chcesz? To idź. Zrób. Dzisiaj Grzesiek nie przyjdzie. Jutro jego kolej. Pamiętam. Idź siku. No, idź.

Restauracja.

-Mamuniu, podłożę Ci teraz śliniaczek pod brodę, a tu szmatka na kolanka. Może szyneczki? Albo coś z owoców. Arbuza chcesz? Uciapiesz się. Winogrono. Fe, może to sztuczne z chemią. Jabłuszko Ci obiorę, chcesz? Cholera, nie ma noża. Ale wybrzydzasz. Zawołamy kelnera. To szyneczka. Przecież uwielbiasz. Nie rób scen. Paluszki sobie wytrzyj. Nalać Ci wody? Nie ma kompotu, cholera jasna. Mamuniu, już prosimy kelnerkę, żeby przyniosła kompocik. Idę jej powiedzieć. Będzie ciepły. Z czerwonej porzeczki. Taki, jaki najbardziej lubisz. Nie wybrzydzaj, bo młodym będzie przykro. Tyle się nastarali. Wykosztowali. Wieje. Mocno wieje. Co zrobić? Uuuu… Rosołek wylałaś. Do kelnerki: niech Pani przyniesie serwetkę. Mówiłam Ci, mamuniu, żebyś się nie spieszyła i gorącego nie jadła. Cholera jasna. Do gości: nic się nie stało, mama wylała rosołek. O, już idzie kelnerka. Pościera zaraz. Za głośno? Musi być głośno. Weselicho przecież. Potańczyłaby mamunia, co? Ale nogi już nie te, plączą się, co? A co mamunia tak siedzi i nic nie mówi? I nie chce niczego jeść ani pić. Dopiero młodzi pomyślą, że nic babci nie pasuje. Chociaż w czepek niech mama da konkretnie.

Stacja kolejowa.

-Pomoże mi Pani z bagażami? Niedowidzę i za jednym razem nie dam rady, a pociąg zaraz podjedzie.

-Pomogę. Gdzie To Pani zanieść?

-Tam, na drugi peron. Przesiadałam się, wie Pani, i szukam kogoś, kto mi pomoże się przenieść z tym wszystkim.

-A kto Panią samą wypuścił w podróż z tyloma bagażami?

-Jadę na urodziny siostry. Co roku syn mnie odwoził, ale tym razem powiedział, że mu się auto zepsuło, a ja mam kiepski wzrok. Jestem po operacji.

-Proszę, oto Pani bagaże. Te kwiaty to dla siostry, domyślam się.

-Tak, ona ma kłopoty z pamięcią. Nie wychodzi z domu, ale kwiaty nadal lubi, to kupiłam jej w doniczce. Niech ma zajęcie. Dziękuję Pani, dużo zdrówka. A sprawdzi Pani, czy mam dobry bilet, czy mnie nie oszukali w kasie?

-Tak, proszę pokazać. Jest dobry. Nie oszukano Pani. Jeszcze coś zostało do zrobienia?

-Nie, bardzo Pani dziękuję.

Notatki. Ołówki

Mam ich mnóstwo. Nie nazywam tego kolekcjonerstwem, raczej nieszkodliwym zbieractwem. Ciężko mi pozbyć się ołówkowych kikutów, więc przechowuję je w szczelnie zamkniętych słoikach ustawionych na półkach i parapetach okiennych. Obok magnesów stanowią nieodłączny element pamiątkowego uposażenia wędrowca. W bagażu podręcznym jest ich kilka na wypadek, gdyby któryś ze znanych bądź nieznanych powodów odmówił posłuszeństwa. Nie zabieram w podróż temperówek. Szkoda mi dla nich miejsca. Po latach nauczyłam się podróżować jedynie z niezbędnymi rzeczami. Ołówki to mój fetysz. Kiedyś, w latach głębokiego kryzysu gospodarczego, temperowano ołówki i kredki przy pomocy noża kuchennego. Obecnie rzadko się to robi, chyba że z sentymentu.

W szkole zwracano mi uwagę, abym posługiwała się długopisem lub piórem, gdy oddaję pracę do sprawdzenia, bo to, „co jest napisane ołówkiem, się bardzo źle czyta, zwłaszcza późno w nocy przy sztucznym świetle”.

Wzbudzam mniej lub bardziej dyskretnie okazywane zainteresowanie, gdy w lokalach gastronomicznych sporządzam notatki w brulionie przy pomocy ołówka, rzadziej kilku. Dostrzegam to w spojrzeniach lub uśmiechu konsumentów. Celowo nie używam sformułowania gości, lecz konsumentów. Nie zabieram laptopa w podróż. Lubię dźwięk wydawany przez ołówek podczas pisania po papierze. Zdarza się, że obsługa knajp, w których zatrzymuję się regularnie, prowadzi mnie do stolika mieszczącego się nieco z boku, abym mogła w spokoju zebrać myśli i dosłownie przelać je na papier. Kelnerzy są świetnie przeszkoleni. Albo mają dobrego menedżera, albo byli pilnymi słuchaczami kursów traktujących o szeroko rozumianej obsłudze klienta. A może zwyczajnie nadają się do tej roboty, lubią ją i ludzi i znają się na nich, a wrodzone umiejętności procentują z każdą złotówką wydawaną przez konsumentów?

Nie zamartwiam się o to, czy notatki w brulionie zagubią się gdzieś i przepadną na zawsze w otchłani dziejów. Piszę tak nieczytelnie, że nikt ich nie rozszyfruje, zatem nie zrobi z nich użytku. Kilka stolików dalej widzę, jak dobrze sytuowany materialnie mężczyzna próbuje dyskutować z obsługą sali na tematy geopolityczne, dowcipkować i udawać konesera trunków i smaków. Spójrz na czyjeś stopy, a wiele się dowiesz o ich właścicielu. Dostrzegam na nich klapki z wyraźnym logo, a nad kolanami krótkie spodenki. Dyskusja właściciela firmowych klapek z kelnerem trwa w najlepsze. Mężczyzna wypowiada się tak donośnym głosem, że słyszy go część sali. Rozgląda się po konsumentach w poszukiwaniu na ich twarzach poparcia dla swoich żartów i proroctw na resztę życia w postcovidowej rzeczywistości. Chyba wolę swój ołówkowy świat tekstów, tworzenia opowieści i dzielenia się nim z czytelnikami. Wracam zatem do niego, a tuż obok brulionu z notatkami zauważam zamówioną sałatkę i koktajl, przyniesiony przez jednego z bezszelestnych kelnerów, poruszających się po sali niczym baletnice. Pomyślałem, że miałaby Pani ochotę spróbować białego wina z… Tak, skąd Pan wie? Przyniosłem je dla Pani, a to mała przekąska na koszt firmy. Jesteśmy na etapie komponowania nowych smaków i w związku z tym prosimy gości o rekomendacje. Dziękuję, że Państwo o mnie pomyśleli, ale potrawy wyglądają tak przepięknie, że szkoda je zjeść.

Czapki z głów! Klapki z nóg! Smacznego!