Notatki

Obsługa kawiarni rozlokowanych na dworcu zdaje się czytać w myślach. Zanim wymówię nazwę wybranej kawy, bariści zawczasu wiedzą, które brałam pod uwagę. Gdy jest trochę czasu i poza mną nie ma nikogo w kolejce, wdaję się w pogawędki z pracownikami:
– Jestem ciekawa, jaki jest Pani ulubiony gatunek kawy.
– Nie piję kawy.
– Naprawdę?! To można pracować w kawiarni i nie pić kawy?!
– Oczywiście, że można. Jestem herbaciarą.
– Awansowała Pani na lidera. Gratuluję. Przeczytałam na plakietce.
– Od niedawna. Dziękuję. Zobaczymy, co dobrego przyniesie awans.
– Trzeba stawiać na rozwój.
– Proszę, oto Pani kawa.
Gdybym miała wybór, urządziłabym mieszkanie w stylu dworcowym. Zaparzałabym ulubioną kawę, paliła kubańskie cygara i pisała.

Oni. P.

-Jelenie, widziała Pani?

-Tak, nie pierwsze dzisiaj.

-Sporo ich tutaj występuje. Gdy mieliśmy praktyki na studiach, jeździliśmy do lasu i robiliśmy obserwacje populacji m.in. jeleni, dzików, saren. Badaliśmy, jak zmiana diety wpływa na ich liczebność. Teraz jadę do kolegi ze studiów. Spotykamy się starą paczką w rocznicę obrony pracy magisterskiej. Pani też do Wrocławia?

-Tak.

-Wraca Pani z urlopu?

-Tak, choć właściwie odwiedziłam koleżankę i razem wyskoczyłyśmy do Białowieży. Następnym razem planujemy Hajnówkę oraz pobyt w gospodarstwie agroturystycznym.

-Wrocław piękne miasto. Studiowałem tam, ale to już Pani wie. Chciałem zostać na uczelni, pracować naukowo. I hodować konie.

-W samym Wrocławiu byłoby raczej ciężko założyć hodowlę. Znowu jelenie przebiegły.

-Widocznie populacja się odrodziła. Nieopodal Wrocławia było gospodarstwo do objęcia. Opuszczone stajnie. Pomieszczenia gospodarcze. Chciałem wraz z kolegą je dzierżawić.

-I co sprawiło, że zrezygnował Pan z tego pomysłu?

-Mama ciężko zachorowała. Rodzice postanowili przepisać na mnie dom pod warunkiem, że zajmę się nimi dożywotnio. Mama, zanim pojechała do szpitala, prosiła, abym się ożenił z moją dawną dziewczyną z sąsiedniej miejscowości. Chodziliśmy ze sobą do liceum. Byliśmy w jednej klasie. Usiedliśmy w jednej ławce i tak się utarło, że zrobiono z nas parę. Potem wyjechałem na studia do Wrocławia. Zakochałem się w tym mieście. Poznałem ciekawych ludzi z pomysłami, Miałem też dziewczynę. Studiowała filologię polską. Była jakby z innego świata. Poezja, koncerty, długie rozmowy trwające czasami przez całą noc. Zanim ją poznałem, nie wiedziałem, że istnieją takie dziewczyny. Latem podróżowaliśmy stopem po Europie. Pakowaliśmy namiot i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mieliśmy grosza, ale byliśmy najszczęśliwsi pod słońcem, jak to się mówi.

-Brawo. I co się z nią stało?

-Chciała ratować świat. Po studiach wyjechała na Bałkany jako wolontariuszka, by pracować z ofiarami wojny. Kontakt został zerwany. Tak się złożyło, że wtedy moja mama była już bardzo chora. Wróciłem do rodzinnej miejscowości. Zaczepiłem się w laboratorium. Ożeniłem się. Niedługo będę mieć dzieciaka. A Pani pracuje we Wrocławiu?

-Nie, studiowałam tam.

-A co, jeśli można wiedzieć?

-Filologię polską.

-Chciałbym kiedyś pokazać Wrocław mojemu synowi. Posłać go na studia i nauczyć, aby nie rezygnował z planów na życie.

Patynowa Pani Domu. Urodnik

Nadszedł ten dzień. Masz wolne. Nie sprzątasz. Nie nadrabiasz zaległości z pracy. Nie zajmujesz się sprawami innych. Nie ogarniasz niczego oprócz siebie. Żadnych zakupów, stania w kolejkach, nasłuchiwania mało inteligentnych rozmów przy kasach. Wstajesz niczym młoda bogini (jasne, że to przesada, dodaje pikanterii życiu) i bierzesz długi prysznic. Otulasz się szlafroczkiem i zabierasz się do przyrządzania czegoś do jedzenia. Owsianka odpada. Chcesz malutkie kanapki. A do tego kawę. Popijając ją zastanawiasz się, jak spożytkujesz ten cudowny dzień. Radiowy spiker zachęca do spacerów na łonie przyrody. Eureka! Wskakujesz w buty pamiętające czasy egzaminów i spodnie sprzed życiowej rewolucji. Biegniesz przed siebie w poszukiwaniu spokoju. Omijają Cię gromady cyklistów wykrzykujących coś raz po raz i całe stada biegaczy z urządzeniami na przedramionach odmierzającymi liczbę przebytych kilometrów. Amatorzy biegania zatrzymują się co jakiś czas i serwują selfie przy pniach drzew. Radio podawało, że spacer wśród przyrody w otoczeniu ptaków (nielicznych w stosunku do użytkowników lasu, jak się okazuje) zdecydowanie poprawia urodę i kondycję. Uwierzyłaś.

Wracasz do siebie. Postanawiasz kontynuować działania mające na celu poprawienie natury. Z szafek wyjmujesz wszystko, czym łazienka bogata i próbujesz odczytywać etykiety. To dzień piękna. Skoro tak został zapowiedziany, to niechaj takim pozostanie. Obmywasz buźkę czymś pachnącym. Potem nakładasz na twarz czarną, plastyczną masę. Napisano na opakowaniu, by dobrze ją rozsmarować, zatem czynisz wedle wskazówek. Kolejny etap to pozostawienie kosmetyku na 10 minut. W tym czasie będziesz leżeć, pachnieć (niekoniecznie substancją, którą się nasmarowałaś) i relaksować się przy dźwiękach muzyki. Kładziesz się wygodnie i zamykasz oczy. Budzi Cię uczucie mocnego ściągnięcia na twarzy. Dotykasz policzka. Dociera do Ciebie, że nie zmyłaś maseczki. Idziesz do łazienki i próbujesz zetrzeć to, co masz na twarzy. Udaje się po wielu próbach, ale jak teraz mocno szczypie. Gdzie Twój olejek? A , jest! Bryzg! Na koszulce ląduje część zawartości buteleczki. Masujesz kolistymi ruchami facjatę. Ojej, ale jak wygląda podłoga. Trzeba ją czym prędzej zetrzeć. Ręcznik i poducha też oblepione czarno-szarym gipsem. Próbujesz je doczyścić. Żegnaj, poduszko. Byłaś mi wierna przez tyle lat.

Zmęczona niezapowiedzianymi porządkami i zaskoczona możliwościami, jakie w Tobie drzemią, postanawiasz kontynuować prace nad poprawianiem tego, co już w sobie masz. Pora na stopy. Czas oczekiwania na działanie zabiegu pielęgnacyjnego wynosi ok. 20 minut. Poświęcisz się. Siadasz przy stole i odmierzasz czas. Nie wytrzymujesz bezruchu i bierzesz się za przygotowanie sosu winegret. Ostrożnie pamiętając, że na stopach masz coś tłustego. Jeżeli sos znowu nie wyjdzie, to dasz sobie spokój i przez najbliższy rok nie będziesz jeść sałatek z jego dodatkiem. Przelewasz składniki do słoiczka, zamykasz go szczelnie i je łączysz. Po trzech minutach następuje degustacja. Pycha. Taki właśnie sobie wymarzyłaś. Zaraz coś do niego przygotujesz. Zrywasz się gwałtownym ruchem z krzesła i… zapomniałaś, że masz tłuściutkie stopy. Wstań, otrzep pył z nóg i weź się za siebie… Wytrzyj maź, którą masz na stopach. Nałóż grube skarpety. Pora na podwieczorek. Zacznij działać. Poprawianie urody ma swoje zalety. Można wreszcie nauczyć się, jak przygotować idealny winegret.

Całuchy-kluchy!

Oni. I.

-Dzwoniłem, bo chciałem, abyś pomogła mi znaleźć ośrodek dla juniora.

-Nie ma sprawy. Żona wie, że tu jesteś?

-Nie wie. Zresztą to nie ma znaczenia. Jesteśmy po rozwodzie.

-Formalnie?

-Tak, zostawiłem jej wszystko. Mieszkanie. Auto. Opiekujemy się małym na zmianę. Ale jest coraz trudniej. Wszedł w okres dojrzewania. Ma ataki. Judyta panikuje za każdym razem i dzwoni do mnie. Zaproponowałem specjalistyczny ośrodek. Nie zgadza się na to. Szantażuje mnie, że wyciągnie jeszcze wyższe alimenty, a ja już nie mam z czego płacić. Porzuciłem korporacyjne tryby. Pracuję na własny rachunek. Przygotowuję projekty. Można z tego wyżyć, ale to niepewny chleb. Wiesz, umieszczenie juniora w całodobowym ośrodku byłoby korzystnym rozwiązaniem. Judyta nie musiałaby rezygnować z pracy, a młody miałby nadzór. Na weekendy i wakacje moglibyśmy go zabierać na zmianę.

-Rozumiem. Interesują Was… Ciebie placówki prywatne czy państwowe?

-Nie ma znaczenia. Myślisz, że w prywatnych miałby lepiej?

-Tego jeszcze nie wiemy. Można byłoby umówić się z Dyrekcją na oględziny. Odbierz.

-To Judyta. A myślałem, że o tej porze ogląda Sulejmana.

-Nie porozmawiasz?

-Nie, pewnie znowu czegoś chce. Wyłączę, zaczekaj.

-Nigdzie nie idę.

-Poczucie humoru Cię nie opuszcza. Jak dawniej. Co się dzieje?

-Nic.

-Jak to nic? Posypałaś brokuły cukrem.

-Faktycznie, nie zauważyłam. Teraz ich nie zjem. Nałożę następną porcję. Od razu poleję sosem czosnkowym. Na pewno nie chcesz? Wprawdzie trochę rozgotowane…

-Nie, dziękuję. Od jakiegoś czasu straciłem apetyt. Nie żałuj sobie. Nadal rozgotowujesz brokuły.

-Nadal. Chyba jestem kulinarnie niewyuczalna.

-Nie sądzę. Z Twojej strony to brak chęci i zacietrzewienie. W imię czego?

-Mieliśmy rozmawiać o ośrodku dla Twojego syna.

-Chyba straciłem na to ochotę. Od 12 lat nie robię niczego innego, jak układam grafik pod rehabilitantów, logopedów, neurologów, pediatrów, terapeutów i szarlatanów. Każdy dzień jest podporządkowany młodemu i jego problemom. O jego matce nie wspomnę.

-Dolać Ci wina? Nie, sorry… Prowadzisz.

-Dolej, proszę. Auto też zostawiłem Judycie. Przyjechałem do Ciebie podmiejskim. Może coś zamówimy?

Notatki

-Czytam Panią. Pani od lat łamie stereotypy, a ja się nudzę, wie Pani. Gdy człowiek wychodzi wyszykowany do ludzi, bywa w kinie, w kabarecie, wtedy żyje, a ja nie mam tutaj przyjaciół ani znajomych, z którymi można wychodzić, aby rozegrać na przykład partyjkę szachów albo wybrać się na wycieczkę rowerową po okolicy. Obrzydło mi spotykanie się z ludźmi i poznawanie nowych osób. Obserwowałem Panią w sklepie, gdy zwracała Pani uwagę tamtemu gamoniowi, aby nie obrażał kasjerki. Jest od Pani dwa razy większy i bardzo agresywny, a Pani się nie bała, że się narazi.

-Nie myślałam o tym wtedy. Chyba zadziałała adrenalina.

-Znała go Pani?

-Tak jakby.

-To pewnie dlatego Pani się nie bała.

-To nie miało znaczenia.

-Pamiętam, jak kiedyś rozmawialiśmy. Uważam, że ma Pani dość radykalne i zdecydowane poglądy. Nic się pewnie nie zmieniło.

-Nic. Może troszkę zmodyfikowało.

-Nie obawia się Pani, że przez to straci kolegów, towarzystwo?

-Nie mam takich obaw. W relacjach z innymi ujawnia się moja osobowość. Jeżeli ktoś jej nie zaakceptuje, to trudno. Co mogę stracić? Znajomych na Facebooku albo lajki, gdy zostanę usunięta?! To by świadczyło o wartości takich relacji. Co mogę zyskać? Porządek i weryfikację znajomości, a to cenna lekcja.

 

Notatki

-Nie umiałabym się czegoś nauczyć w takich warunkach. Za dużo bodźców. Hałas. Ruch. Spójrz na nich. On udziela lekcji języka obcego. Ona niewiele z tego kuma. Widać po zażenowaniu malującym się na jej twarzy. Omawianie przykładów słychać aż tutaj. Pewnie słono kosztuje ta godzina.

-To normalny widok. Lekcje na mieście. Najlepiej w publicznym miejscu, aby fiskus się nie przyczepił. Poza tym on liczy na zwiększenie liczby klientów będąc widocznym i działającym w sieciówce. Robi sobie reklamę. Inaczej zapraszałby klientów do domu albo organizował lekcje u nich. Jeśli ona niczego nie wyniesie z tych lekcji oprócz głupio wydanych pieniędzy, on wtłoczy jej do głowy, że robi za mało powtórek, powie coś w stylu „wiesz, czasami trzeba na jakiś czas odpuścić, nabrać dystansu, ale nie rezygnować. Potem może coś zaskoczysz. Nie przejmuj się”. Ona to łyknie. Oboje dodatkowo czują się częścią większej społeczności. Jesteśmy. Działamy. Przychodzę tu, gdy czekam na pociąg lub mam przerwę pomiędzy zajęciami. Stale zmieniająca się obsługa raczej mnie kojarzy, podobnie jak niektórych klientów. Tamta para spotyka się tutaj na lekcjach. Inni ludzie czasami wyciągają tablety lub laptopy i udają, że pracują. Czują się tak potwornie osamotnieni, że wychodzą gdziekolwiek, by ktoś ich zauważył. Rozkładają sprzęt, zamawiają herbatę lub kawę w promocyjnej cenie i zasiadają najczęściej przy oknach, by być dobrze widocznymi na zewnątrz i wewnątrz. Spójrz, jest coraz więcej stolików niewielkich rozmiarów przeznaczonych dla jednej osoby. Jakby ci wszyscy ludzie nie mogli zasiąść przy jednym wspólnym i nawiązać ze sobą kontakt. Porozmawiać. Niektórzy spożywają tu śniadanie. Śmiało mogliby przygotować i zjeść kanapki w domu, ale tego nie robią. Liczą, że w publicznych miejscach zostaną zauważeni lub poznają kogoś ciekawego. Trochę wytłukłam się po kawiarniach i metropoliach. Scenariusz jest wszędzie podobny. Czasami próbowałam nawiązać rozmowę z takimi osobami. Po wymianie grzeczności następowało milczenie i zatapianie się we własnej działalności. Bywało i tak, że ktoś interesował się tym, co piszę. Stanowiłam ewenement, bo w odróżnieniu od innych posługiwałam się piórem, a notatki sporządzałam w zeszycie w twardej, tekturowej oprawie.

Notatki

Idziemy w stronę parku. Puste ławki w enklawie z dala od wielkomiejskiego zgiełku wyraźnie zaczynały Ci ciążyć. Wiem, że lubisz być wśród ludzi. Liczysz na spotkanie kogoś znajomego. Im bliżej parku, tym bardziej tłum gęstnieje. Godziny popołudniowe. Ludzie wysypują się zewsząd. Jedni pojawiają się z jedzeniem na wynos w styropianowych opakowaniach. Inni taszczą elektryczne grille i czteropaki. Kurz. Mnóstwo kurzu. Jazgot. Pokrzykiwania. Wieża Babel. Ktoś gra na bębnach. Ktoś na ukulele. Nikt nie bierze pod uwagę, że potencjalna publiczność może mieć ochotę na słuchanie ciszy. Nie idźmy tam. Za ciemno. Tam też nie. Smród będzie czuć. Tam siedzą z psami. Będą szczekać i nie poleżymy. To co robimy w majowy weekend? Przykro mi. Te ławki też zajęte. Zaraz ktoś tu przyjdzie. Leć po piwo. I wino weź, bo Daria z Kubą zaraz będą. Piszą, żeby wziąć im chilijskie. Odgoń te ptaki, bo nam zeżrą rogale. Nie syp okruchów, bo nie odlecą. Pomysłodawcy nie biorą pod uwagę faktu, że to oni zajęli terytorium ptaków, a nie odwrotnie. Wokół mnóstwo skórek po owocach. Na sąsiedniej ławce para usiłuje coś ustalić. W pełnym słońcu on popijając raczej ciepłe piwo z puszki odpowiada półsłówkami. Ona gwałtownie gestykuluje krzycząc, co jest dodatkowo zagłuszane przez nieustannie szczekające psy oraz przejeżdżających rowerzystów prowadzących głośną rozmowę. On odrzuca większość jej pomysłów. Spór dotyczy potencjalnie wspólnej przyszłości. Ona okazuje zniecierpliwienie. On pozoruje spokój. Sili się na oddalenie sporu na bliżej nieokreślony termin. Zmieniamy miejsce. Wybór pada na trawnik. Sprawdziwszy stan murawy rozkładamy kurtki i bluzy. Jest względnie czysto. Wszędzie dookoła grupy ludzi w różnym wieku mających iluzoryczne poczucie bycia we wspólnocie, walczące z poczuciem osamotnienia. Większość wyciąga elektroniczne gadżety i co rusz nerwowo sprawdza stan połączeń. Pośród tłumu Kobieta, Która Się Nie Uśmiecha.