Oni. Szczęśliwy człowiek

-Dzień dobry. Pani pewnie przyjezdna.

Mężczyzna skromnie ubrany uchylił kaszkiet i uśmiechnął się w moją stronę.

-Dzień dobry. O tej porze nie spodziewałam się nikogo tutaj spotkać. Było dość duszno i tak cicho, że wybrałam się na przechadzkę, a przy okazji kupię chlebek i bułki z jagodami. Piekarnię zaraz otworzą. Przyjechałam na urlop. To Pana konie? Widziałam podobne na polanie pod lasem, przy rogatkach. Tam, gdzie pasą się krowy, a na zboczu owce. Dlatego im się przyglądam.

-Tak, to te. Staruszki już, ale jeszcze trochę pociągną. Mieszkam w sąsiedniej wsi. Przyjeżdżam tutaj oddawać mleko. Krowy też moje. Pani zwykle wstaje tak wcześnie?

-Zazwyczaj tak.

-A ja wstaję codziennie o 5.00 bez względu na porę roku i pogodę. Idę do stajni. Obrządzam. Koniom daję pić. Myślę sobie, ile ludzie tracą, gdy nie budzą się przed świtem. Nie czują zapachu rosy, nie widzą, jak dzień się budzi, jak słońce wstaje. Kto śpi do południa, ten ma krótszy dzień. Taki człowiek jest cały czas zmęczony, gdy snuje się bez celu po domu. Trzeba mieć zajęcie, sens jakiś. Wyjść na pole, ptaków posłuchać. Nawet zimą. Świat jest poukładany, tylko trzeba to zobaczyć, a najlepiej z samego rana. Człowiek, który rano wstaje, wie, po co żyje. Wie, że w oborze czekają na niego zwierzaki. Wie, że trzeba koło nich zrobić. Potem do ludzi wyjść. Sprzedać to, co obrodziło i porozmawiać. Dobre słowo zostawić. Ludzie nie chcą rozmawiać. Zamykają się w swoich domach, bramy na elektronikę zamykają, jakby było ich z czego okraść. U mnie jest brama otwarta. Cały czas. I zawsze ktoś w domu jest. Albo żonka, albo synowa z wnukiem. Tyle razy mówiły, żeby zamykać, a ja jej mówię, z czego nas kto okradnie. Swoi tego nie zrobią, bo na wsi ludzie się znają, a obcy tak rzadko tędy przechodzą, że gdy ktoś się pojawi, to zaraz wiadomo. Pani u kogo ma pokój?

-U Wójcików, tych znad rzeczki.

-Widzę Panią czasami, jak w tamtą stronę Pani chodzi.

-Słychać, kiedy Pan przejeżdża. Konie słychać, jak uderzają podkowami o asfalt i jak jedzie wóz.

-To ja. Może podwieźć Panią? Daleko Pani ma.

-Skoczę do piekarni, a potem tędy będę wracać. Jeśli nadal Pan będzie tutaj stać, to dlaczego nie. Taką taksówką jeszcze nie jechałam.

 

 

Patynowa Pani Domu. Porządki

Znowu od rana leje. Kolejny dzień spędzisz zatem na mało znaczących czynnościach dla ludzkości, ale ogromnym znaczeniu dla Ciebie i Twojego świata. Obejrzałaś chyba wszystkie komedie W. Allena pojąc się przy tym hektolitrami herbaty. Jej zapasy kurczą się. Pamiętaj o tym podczas najbliższych zakupów. Przejrzałaś zawartość półek z kosmetykami. Niektóre straciły ważność… Nieistotne. Pozbądź się ich. Natychmiast. Bez żalu. To tylko tubki, słoiczki i pudełka. Zamknij oczy i wrzuć do worka. Nawet niczego nie poczułaś.

Otwierasz szafę. Na głowę spada Ci szlafrok. Nie ten, który wisi w łazience. Tamten w krówki, który kupiłaś w sieciowym bazarku. Ile razy miałaś go na sobie? Jasne, że to praktyczne mieć czegoś minimum dwie sztuki na wypadek, gdyby jedna uległa uszkodzeniu, ale weź pod uwagę, że nie żyjesz w kraju trzeciego świata, choć kto to wie. Za szlafrokiem spada Ci na głowę poszewka. Składasz ją i szukasz pozostałych części kompletu. Nie ma. Jeszcze raz sprawdzasz. Jest tylko jedna sztuka w ten deseń. Czy to możliwe? Pamiętasz, jak niedawno ubierałaś tę pościel, gdy nocował u Ciebie. Teraz sobie przypominasz. Pocięłaś tamte części, a potem wyrzuciłaś. Ta jedna najwidoczniej się zawieruszyła, ale na niej nie spał. Tak nie może być. Pora na porządki w szafie. Zaczynasz od najwyżej półki. Przekopujesz się przez kartony i mnóstwo drobiazgów, z których urosła góra. Nawet nie wiedziałaś, że jeszcze tyle ich masz. Zrobić wystawkę czy ogłosić się w rubryce „Kupię, sprzedam, oddam”, wyrzucę lub gdzieś pierdyknę, należałoby dopisać. Wygrywa drugi pomysł. Słychać sygnał przychodzącej wiadomości. Schodzisz z drabinki. Odczytujesz informacje. Odpowiadasz na nią. Jasne, że mogę dziś wieczorem. O której? Nawet jeśli będzie lało, to wspólne szwędanie się po mieście ma więcej uroku niż spędzanie czasu w domu na porządkach. Tłumaczysz, co porabiasz i dlaczego. Pomysł z wyprzedawaniem lub oddawaniem gratów został zaakceptowany. Przyjdź. Coś sobie wybierzesz. Najlepiej byłoby, gdybyś sama obejrzała. Jak to, co mnie naszło? Nic. Nie mieszczę się z dobytkiem. Piwnica też odpada. Za symboliczną opłatą korzystają z niej sąsiedzi. Nie będę tego psuć. Nie ma tam ani jednej mojej rzeczy, za wyjątkiem półki z owocowymi i warzywnymi przetworami od mamy.

Wystawiasz kartony na środku izby. Schodzisz na niższe półki. Bluzki w rozmaitych kolorach i fasonach machają do Ciebie przyjaźnie. Niektórych nie zakładałaś od czasu nieudanych randek. Poza tym wyglądasz w nich nietwarzowo. I pomyśleć, że kiedyś miały być Twoją ozdobą. Obecnie nie nadają się nawet do kontenerów z przeznaczeniem na drugi obieg. Nie chcesz, aby inne kobiety skorzystały z odzieży, która nie sprawiła, że z Twojego powodu komuś zabiło szybciej serce. Masz przecież stare krawieckie nożyce. Używasz ich. Ciach, ciach… Jaki cudny dźwięk. Były sobie bluzeczki, koszuleczki, tiszerteczki… Tę zostawię na ścierkę, ta będzie do wycierania okien po umyciu. Rozhuśtałaś się w rozmyślaniach. Pod ostrze nożyc poszły też wyjątkowo niepraktyczne sukienki. Trzy sztuki. Nadawały się tylko na śmietnik. W nich też wyglądałaś beznadziejnie. Do worka, a potem niechaj wędrują w świat. Przedpokój tonie w strzępach ubrań. Ty pośród nich w ferworze działań zmierzających do finalizacji. Czas nie ma znaczenia. Liczy się tylko działanie. Porządkowanie przeszłości. Udaje się częściowo zapanować nad chaosem. Trzaskasz zdjęcia przedmiotom przeznaczonym na podarunek lub sprzedaż. Zamieszczasz fotosy w sieci nie licząc specjalnie na zainteresowanie. Przerwa na coś do picia. Wstawiasz wodę. Oddychasz z ulgą przyznając sobie kolejną gwiazdkę za spryt. Słyszysz sygnał powiadomienia. Niemożliwe. Ktoś zwrócił uwagę na stary notes z długopisem do kompletu oraz na drewniane serce i na zawieszki, o których nie pomyślałabyś, że pies z kulawą nogą będzie pamiętać. Pojawiają się pytania. Możemy umówić się na bazarku. Przyniosę więcej rzeczy w tym stylu. Nie trzeba przyjeżdżać z przyczepką. Ja podejdę z plecakiem. Coś Pan sobie wybierze. Mam jeszcze drewniany domek, ale odpadła w nim owieczka. Jeśli miałby pan dobry klej…

Deszczowe dni mają swój urok…

Patynowa Pani Domu. Okazje

-Zwolnił się pokój, o który Pani pytała. Czy jest Pani nadal nim zainteresowana?

-Tak, jestem.

-Właściwie można się meldować od zaraz. Dziś odwołano rezerwację. Kiedy by Pani przyjechała?

-Mmmm. Dzisiaj raczej nie. Może jutro.

-Dobrze, więc zrobimy rezerwację od jutra na Pani nazwisko. Na ile noclegów?

-Poproszę na trzy. Na początek. Zobaczymy, jak będzie.

-Zrobione. Do zobaczenia więc.

-Do zobaczenia.

Od samego rana (prawie południa) rewelacje. Wygląda na to, że wyjeżdżasz na urlop. Jeszcze nie wiadomo, czy wymarzony, ale masz nadzieję, że zasłuży na to miano. Póki co ogarnij się i sprawdź, czy masz wszystko, czego będziesz potrzebować w dziczy. Pomocne w tym przypadku bywają checklisty. Spis powszechny się do nich nie umywa. Wygląda na to, że niczego nie brakuje, a gdyby na miejscu przeznaczenia okazało się inaczej, to przecież jedziesz do cywilizowanego przysiółka, nawet jeśli znajduje się na końcu świata. Na zdziczałe obyczaje rzekomo wypoczywającej ludności nie masz zapobiegawczego środka, ale o tym przekonasz się później, gdy ogary pójdą w las, a Twoje pieczołowicie ciułane pieniądze trafią do kieszeni hosta.

Po długiej i wyczerpującej podróży docierasz na miejsce. Jak tu pięknie! Chyba nie mogłaś lepiej trafić. Nie mów hop, póki nie przeskoczysz, czytaj: nie poznasz innych lokatorów, a tych tutaj dostatek. Jest wieczór, więc tylko rozpakujesz się, wskoczysz pod prysznic… Zaparzysz herbatę… Wypoczniesz po podróży…

Opuszczasz pokój. Po drodze unikasz zderzenia czołowego z piszczącym dziewczęciem w wieku ok. 6 lat. W kuchni i przedpokoju unosi się aromat ryby z puszki. Niejednej, jak się okazuje. Amatorzy tego przysmaku volens nolens zafundowali pozostałym przymusową inhalację w oparach konserwy rybnej w oleju. Do tego zapach przypalonego tłuszczu, na którym były podgrzewane tanie wyroby garmażeryjne. Latorośle biegają pośród garnków, patelni oraz innego kuchennego doposażenia. Jedno domaga się frytek, inne w tej samej chwili pragnie sosu pomidorowego z dodatkiem glutaminianu monosodowego. Trzecie próbuje zmywać, wchodząc w już rozdeptane resztki spożywcze tego, co wcześniej spadło ze stołu. Rodzic natomiast walczy z otwarciem kolejnej puszki z rybną zawartością. Postanawiasz nie pożyczać mu swojego scyzoryka. Niech się pomęczy, skoro wybrał na posiłek trudno dostępne produkty zawierające pochodne niklu.

Czego się spodziewałaś po okazyjnej cenie? Chciałaś wypoczynku w dziczy, zatem otrzymałaś to, po co sięgnęłaś. I to z nawiązką. W dziczy i wśród dziczy.

Noc przyniesie ukojenie. Rozgwieżdżone niebo. Szumiący w oddali potok i drzewa kołyszące do snu. Usiłujesz zasnąć. Obudzona w środku nocy prawie siadasz na łóżku. Co jest grane?! Co to za dźwięki?! Dochodzą z sąsiedniego pokoju. Przypominają… odgłosy wydawane przez zwierzęta albo bestie. To tylko zły sen. Kładź się. Nie, to nie sen. Ponownie siadasz na łóżku. Odgłosy nie dość, że nie milkną, lecz jeszcze nasilają się. I tak do bladego świtu. Odkąd wyprowadziłaś się z centrum miasta nie używasz stoperów. Zresztą w tej sytuacji niewiele by pomogły. Wstajesz, aby przygotować herbatę. Trochę nocy upłynie, a do tego czasu chrapiący może przestaną chrapać. Na klatce schodowej półmrok. Nie świecisz światła, aby nie obudzić pozostałych mieszkańców. Drogę do kuchni znasz na pamięć. Wychodzisz z pokoju ubrana tylko w piżamę. W tej samej chwili z sąsiedniego pokoju wychodzi… niedźwiedź. Próbujesz go ominąć. Okazuje się, że on też do kuchni. Nie mógł zasnąć, łóżko za ciasne i gorąco mu. Tak powiedział. Siedzicie więc wspólnie w pomieszczeniu, które zdecydowanie wymaga wywietrzenia po wczorajszej kolacji. Otwierasz okno na oścież. Jeszcze chłodne powietrze muska Cię po twarzy. Dwie kolejne noce prędko miną. Kusturica w tym miejscu miałby co robić bez wyszukanych rekwizytów do scenografii. Kuchnia wygląda niczym z jego filmów przedstawiających w formie groteski życie w regionie nie tak dawno ogarniętym wojną.

Dobrze jest!

 

 

Bigos

-Odłóż ten telefon. Robimy listę zakupów.

-Magda jedzie nocnym pociągiem. Wspieram ją i piszę z nią. Bądź i Ty empatyczny.

-A Ty empatycznie pomóż mi stworzyć listę zakupów, skoro dotąd o niej zapomniałaś. Oczekujemy gości. Co robiłaś przez cały dzień?

-Przeglądałam książki kucharskie w poszukiwaniu czegoś na stół. Czegoś smacznego, prostego i niedrogiego jednocześnie.

-I co wymyśliłaś?

-Bigos.

-Bigos?! Na służbowej kolacji?! Wiesz, ile od niej może zależeć?! Mam objąć kierowanie laboratorium, a Ty chcesz podać bigos mojemu pryncypałowi, który przyjdzie do nas z żoną?!

-Tym bardziej nie rozumiem, co ma do tego bigos. Jeśli nie ufasz moim umiejętnościom…

-Nie zmieniaj tematu. Tu nie chodzi o bigos, tylko…

-Mój drogi, nie będzie miało znaczenia, co postawimy na stole. I tak najważniejsze w całej zabawie będzie to, jak skomplementujesz tyłek i nienaturalnie długie rzęsy żony dyrektora. Swoją drogą ciekawe, czy ona jeszcze zmieści się w drzwiach. Rośnie w oczach, a właściwie w biodrach.

-Przestań. Jutro z samego rana, zanim dzikie tłumy wypełzną na ulice, jedziemy do marketu. Co tam kupujemy?

-Do bigosu potrzebuję kapusty kiszonej i słodkiej, warzyw, suszonych śliwek…

-Kobieto! Zapomnij o bigosie. Podajmy im coś wyjątkowego, coś popisowego. Celowo zaprosiłem dyrektora do domu, żeby spokojnie porozmawiać. Zajmę się alkoholem, bo wiem, jaki preferuje, a Ty jego żoną tak, jak się umówiliśmy. Odłóż telefon wreszcie! Magda dojedzie do celu bez względu na to, co będziesz wypisywać.

-Nie gorączkuj się tak. Gdy byliśmy na wyścigach, żona Twojego szefa nie ruszyła niczego z budki ani z barku tłumacząc się dietami i stanem swojej cery. Poza tym jest zwolenniczką domowego jedzenia, tak powiedziała. A on dodał, że jego małżonka wyśmienicie gotuje. Jadłeś kiedyś coś przyrządzonego przez nią? Ja bym nie miała odwagi. Kiedy ona ma gotować i dla kogo? Całymi dniami biega do salonów piękności, uroda to rzecz gustu naturalnie, albo po galeriach wydając jego pieniądze i żrąc lody. Czy wiesz, że ona nie dostrzega różnicy pomiędzy nazwami: Monako i Maroko, a Ty chcesz ją podjąć niczym cesarzową?

-Ożeniłem się z najurodziwszą i najinteligentniejszą kobietą, jaką nosiła ziemia. Gdybym wiedział, że w zestawie otrzymam upór i determinację, poprosiłbym o egzemplarz bez gratisów.

-Dziękuję, mój dzielny, opanowany mężczyzno o przenikliwym umyśle. A ja otrzymałam w zestawie pragmatyzm, uporządkowanie i planowanie od ogółu do szczegółu. O seksownym mózgu tym razem nie wspomnę. Mogę przygotować przekąski i sałatkę.

-A o przygotowanie bigosu poprosilibyśmy… może Twoją mamę?

-Uwielbia Ciebie i Twoje poczucie humoru. Zawsze Cię lubiła. Zgodzi się nawet bez kwiatów.

-Kupimy jej składniki. Moja natomiast zajmie się… czym mogłaby się zająć?

-Niech coś upiecze, jeśli jej się chce.

-Przekonam ją.

-Do mnie też?

-Do Ciebie już się przekonuje.

-Mąż sklepowej tako rzekł.

-Nie sklepowej, tylko pracownika obsługi klienta w antykwariacie.

-Do usług.

 

 

Patynowa Pani Domu. Miód

Twój blaszany rumak dzielnie pomyka poboczem raz po raz będąc wymijanym przez rozpędzone auta. Nie wyobrażasz sobie herbaty bez dodatku miodu, podobnie jak A., dlatego mimo licznych trudności postanowiłaś wybrać się po zakup złota w płynie, oczywiście tylko w lokalnym, sprawdzonym gospodarstwie. Docierasz na miejsce. Tym razem jesteś witana przez ciszę. Dzwonisz do drzwi. Nic. Pukasz delikatnie w okno. Nic. Nagle słyszysz zza płotu (nie tylko Ty, okoliczni mieszkańcy również) krzyk wydawany tubalnym basem: tam nikogo nie ma? Kogo Pani szuka? Odwracasz głowę. Widzisz mężczyznę ubranego… rozebranego od pasa w górę, wymachującego coś rękoma. Podchodzisz do niego. Witasz się i tłumaczysz, po co przyjechałaś. Aaaa, miód… Z samego rana przyjeżdża K. aby tu doglądać wszystkiego, bo oni nad morze pojechali. Nie wie Pan, kiedy wrócą, pytasz siląc się na uśmiech. A bo co, słyszysz od nieogolonego, częstego bohatera polskich kabaretów. Nic, tylko chciałam kupić miód (oraz świece z wosku pszczelego i pierzgę), ale o tym już nie powiedziałam dostrzegając nastawienie interlokutora). To kupi Pani, jak przyjadą. I lepiej niech Pani już idzie. Dzisiaj nic Pani tu nie załatwi.

Nie, to nie. Może nie jest za późno, aby podjechać na bazar. Wybacz tę zdradę, mój stały dostawco, nadrobimy to jakoś. Wiedziałaś, że miód się kończy. Dlaczego wcześniej nie pomyślałaś o zapasach? Nie jesteś chomikiem. Nie musisz gromadzić jedzenia. W obecnej sytuacji gospodarczej rynek jest tak nasycony, że wszystkie produkty i usługi są na wyciągnięcie ręki. Wystarczy sięgnąć. Docierasz na bazar. O tej porze niewiele stoisk jest czynnych, a na pewno nie tych ze spożywką. Obchodzisz te, które jeszcze zostały. Nie ma. Nie ma miodu i wyrobów pszczelarskich. Przysiadasz w cieniu jedynego drzewa uchowanego na potrzeby takich jak Ty wędrowców. Co dalej? Srebrne w głowie nici, jak mawiał klasyk. Masz do herbaty cukier trzcinowy dobrej jakości i konfiturę z płatków róży otrzymaną od serca od zaprzyjaźnionej osoby. Dobra nasza, nie zginiesz od potencjalnych obelg usłyszanych od A., a ona nie umrze z pragnienia. Uradowana tą ideą wracasz do swojej dziupli.

Robisz porządki. Omiatasz, przecierasz, wynosisz. O, kaczę, już ta godzina. Obiecałaś, że podjedziesz na dworzec po A. Mam sporo bagaży, tłumaczy jeszcze z trasy. Jasne, że pomogę, deklarujesz. Padacie sobie w objęcia. Jej bagaż podręczny wygląda imponująco. Twoja koleżanka uchodzi za ekscentryczkę, dlatego zamiast dziwić się temu, ile ma toreb i co w nich jest, ciesz się, że poznałaś kogoś takiego jak A.

Dotarłyście na miejsce. A. podaje Ci gigantyczną torbę. Proszę, to dla Ciebie, wiem, że uwielbisz miód, więc przywiozłam jego kilka rodzajów. Nawłociowy, z dodatkiem lawendy, wielokwiat, spadziowy… Mam nadzieję, że znajdziesz coś dla siebie. Wskoczę pod prysznic, jeśli pozwolisz, a Ty możesz w tym czasie ruszyć te swoje herbaciane zapasy. Miodu powinno wystarczyć do końca roku, chyba że w celu leczenia melancholii lub innych weltschmertzów zjesz go prędzej. Co tak patrzysz? Jest z certyfikowanej pasieki.

Całuchy-kluchy!

Notatki

-W piżamie?! O tej porze?! To co ty robiłaś w nocy?! – A. nie dawała za wygraną – Jak można… Kobieto, chcesz spędzić resztę życia w łóżku?! Ubieraj się! Zaraz będę!

-Nie, nie zaraz. Chcę się najpierw doprowadzić do porządku.

-Przyjadę i zaczekam.

-Nieee! Nie możesz mnie widzieć w takim stanie!

-Widziałam Cię w gorszym stanie, szczególnie na dworcu, gdy autobus się spóźnił albo gdy nie zdążyłyśmy na ostatni pociąg, bo mnie się zrobiło niedobrze, a Ty… Zrobiłaś taką awanturę, że pasażerowie zaczęli się odsuwać. Wbijam za kwadrans. Chcę Cię widzieć wykapaną i ubraną, jasne?!

-Mam opuchnięte oczy. Nie wyjdę z domu.

-Nie Ty jedna. Założysz okulary i jakoś damy radę.

Po godzinie. W bistro.

-Można już to sprzątnąć?

-Tak, dziękuję. Ten koktajl smakował obrzydliwie.

-Tak?! Następnym razem postaramy się przygotować lepszy.

-Jak można nazywać koktajlem ciecz powstałą z białego proszku, uzupełnioną jedną słabo zmrożoną truskawką?

Spojrzenie A. mówi „Daj spokój. Zapłać i wychodzimy”.

-Takie mamy receptury, wyjaśnia pracownica bistro najwidoczniej nie spodziewająca się kontynuacji wątku.

-Zmieńcie je. Ten smak, konsystencja napoju i niekompatybilna z nim nazwa są nie do przyjęcia.

A. prosi o rachunek. Gdy kelnerka się oddala, A. ocierając pot mówi:

-Widzę, że wracasz do formy. Wystarczyło wyciągnąć Cię z domu. Sałatkę proponuję zamówić w innym miejscu. Masz wiele odwagi.

-To nie odwaga, tylko brawura. Nie przyjdę tu więcej, chyba że coś się zmieni.

-Dzwonili z ośrodka. Zaczynam w przyszłym tygodniu. Na razie zlecenie przez dwa miesiące.

-Super. Będę Ci pomagać. Albo zgłoszę się jako wolontariusz. Co Ty na to? Zdążymy wyskoczyć na festiwal?

-Zdążymy, nawet możemy zaliczyć cały program. Nie wiem, czy wytrzymasz na wolontariacie? Czy Twoje nerwy albo poczucie estetyki wytrzymają?

-Wytrzymają. Mam pomysł na sztukę z elementami pantomimy. Można by spróbować.

-Ty jak zwykle w swoim świecie. Nie możesz żyć nie dotykając ziemi.

-Mogę.

-Mogłabyś pójść do pracy, ale takiej etatowej. Miałabyś wtedy spore szanse, aby zaistnieć jako bardziej wiarygodna osoba. Wiesz, inaczej patrzy się na ludzi, którzy podejmują się konkretnej pracy na stanowisku. Mimo wszystko funkcjonujemy w pewnych strukturach.

-Pisanie też jest strukturalne. Porządkuje myśli i otoczenie. Słowa są ważne. Od słów wszystko się zaczyna. Nazwij coś, a nadasz temu znaczenie.

 

 

Oni

-Zabukowałes lot?

-Uhmm. Z przerwą w Lizbonie. Wdepniemy na fado?

-Pewnie. Może z noclegiem? Zwiedzimy co nieco. Torre de Belem. Zamek. Klasztor. Co chcesz.

-Czasu będzie dość. Można z noclegiem. Znam hostel. Znośnie, w miarę czysto. W przystępnej cenie.

-Załatwiłbyś to?

-Jasne. Już sprawdzam ceny. Jedna noc?

-Jedna. starczy nam. To będzie krótki wypad. Na Kubie sobie odbijemy.

-Bab nie bierzemy.

-Nie, po co drewno do lasu wozić.

-Słusznie. Tu mam coś taniego. Lukaj.

-Wygląda dość dobrze. Bierzemy. Dwuosobowy.

-Twoja nie robiła scen, że ze mną jedziesz.

-Jakie sceny?! Przypiliła się, bo kasę czuje, a ja ją trzymam na dystans, chłopie. Nie dość, że opłacam rachunki i czasami zabieram do knajpy, to jeszcze mam jej wczasy nad oceanem fundować? Żeby mi się tam darła i fochy strzelała?! Ona nie zarobi nawet na waciki. Udaje, że ma forsę. Od rodziców doi, a teraz myśli, że frajera za gacie złapała, bo ode mnie też jej coś skapnie. Po Kubie coś jej powiem na ten temat. Tępa aż boli, a wydaje się jej, że tego nie widać.

-Chyba nie taka tępa, skoro wie, koło kogo dupą kręcić. Chłopie, uważaj, aby Cię w alimenty nie wkopała. Nie patrz tak!

-Ale masz dowcip!

-Sorry, znam życie. Miejscówka w Lizbonie zaklepana.

-Dzięki. Rozliczymy się…

-Daj spokój. Potraktujmy to jako rewanż za ten obiad. Bierzemy jeszcze po bronksie?

-Prowadzę.

-Byłbym zapomniał. Ale możemy zostawić auto, a dopiero wieczorem gdzieś pojechać. Albo taksówkę weźmiemy.

-Ok, zamów i dla mnie.

One. Córeczki

-Dziewczynki są bliźniaczkami?! Nie przypuszczałabym. Na pierwszy rzut oka oczywiście.

-Mają po 6 lat. Janinka i Marysia.

-Piękne imiona.

-Długo z mężem nie mogliśmy się zdecydować. I zostało, jak zostało.

-Ale temperamenty mają różne. I osobowości.

-O, tak! Jak Pani na to wpadła? Janka nie chce się uczyć. Pani w przedszkolu czasami skarży, że jest uparta i ciągle się śmieje. Pani myśli, że to z niej albo z dzieci.

-A ja uwielbiam, gdy Jana się śmieje. Od razu ją zauważyłam.

-Ona Panią również, ale obawiała się podejść i zagadnąć. Uczymy dzieci, aby nie zaczepiały obcych.

Matko, naucz dzieci, jak rozmawiać z ludźmi, jak ich rozróżniać i jak nawiązywać kontakt oraz jak go ograniczać albo zrywać, bo gdy Ciebie zabraknie, będą musiały poradzić sobie same.

-Jasne. A druga córcia jest przeciwieństwem Janki?

-Tak, ma na imię Marysia. Jest ułożona i ambitna. Uczy się hiszpańskiego i od razu  pochłania każdą lekcję. Pani mówi, że jeszcze takiej dobrej uczennicy nie miała. Marysia chce wszystko umieć perfekcyjnie. Jeśli coś idzie nie po jej myśli, zaraz się obraża. Na siostrę także. Czasami wstydzi się za Jankę, która nie znosi prac domowych oraz tego, gdy ktoś ją poucza.

Matko, Twoja perfekcyjna córka kiedyś się potknie o ziarenko piasku i zamiast wstać po upadku, otrzepać kolana i opatrzyć ranę, będzie łykać leki, by odzyskać równowagę albo biegać od jednego specjalisty do drugiego, którzy oprócz tego, że wyciągną od niej masę pieniędzy, w niczym nie pomogą.

-Martwię się o Jankę, czy da sobie radę w życiu. Będzie jej ciężko z takim charakterkiem.

Matko, to, co Marysia zdobędzie ciężkim tyraniem, Jance przyjdzie bez wysiłku. Ona zyska przychylność innych przy pomocy osobistego uroku i jednego uśmiechu. Będzie miała gdzieś sukcesy, nagrody, wyróżnienia i Twoje pochwały. Będzie żyła pełnią życia i darła łacha z tych, którzy biorą udział w absurdalnym wyścigu szczurów. Ale Ty, matko, jeszcze o tym nie wiesz, i dlatego będziesz próbowała za wszelką cenę wcisnąć ją do przygotowanego przez siebie schematu.

Patynowa Pani Domu. Perfekcjonizm

Tym razem nie zaśpisz na popołudniowe zajęcia. Nastawiasz budzik i dodatkowo dla pewności prosisz Szwester o zegarynkę. Ale to dopiero po południu. Teraz jest lekko po godz. 10.00, a Ty odziana w ulubiony szlafrok (nie masz innego, tylko ten jeden, więc nie ma szans, by nie zyskał miana ulubionego) próbujesz zaplanować dzień. Napiszesz fragment na podstawie materiałów, które gromadzisz. Zbieractwo jest uznane przez niektórych specjalistów za jednostkę chorobową, zatem marsz do pracy. Nie ma przerzucania myśli z miejsca na miejsce. Z rozmyślań i skutecznego zarządzania czasem wyrywa Cię dźwięk telefonu. Po nazwie pojawiającej się na wyświetlaczu wiesz, że trzeba rozróżnić sprawy ważne od pilnych.

Już to sprawdzam, Kochana. Zaraz odpalę kompek i prześlę Ci, jeśli uda się coś znaleźć. Bardzo dobrze robisz, że negocjujesz warunki. Będzie nostalgicznie, czuję to w moczu. Oczywiście, ze możemy wybrać się na festiwal. Wstęp za free. Inaczej byśmy nie poszły. Powspominamy stare czasy, gdy tułałyśmy się po takich eventach. Zostaniemy do nocy, będzie taniec z ogniem. Kolejny w naszym życiu. Szczegółowy program pewnie gdzieś tam jest w sieci. Też Ci wyślę. Założę coś czarnego jak zwykle. Jeśli będzie upał, to nie pójdziemy. Nie będę paradować w czarnym kapeluszu podczas upału. Pomożesz mi przewieźć ekologiczne soki. Będzie stoisko. Zazwyczaj jest. Powinnam je pić, bo inaczej mogę dostać szkorbutu albo wyłysieć. Wypadną mi zęby i włosy. Tak, moja fanaberia, a Ty nie chcesz, abym była atrakcyjna, tylko bezzębna! Nie stać mnie na wymianę szufladki ani na perukę.

I się zaczęło. Wyszukiwanie, gromadzenie, przetwarzanie informacji. Przesyłanie, odsyłanie, kopiowanie. Powinnaś wziąć prysznic. Jest południe. Kurier nie może się dostać, więc schodzisz do niego pozdrawiając po drodze napotkane dusze. Dziękujesz za przesyłkę. Kto ma szkołę, ten w godzinach południowych ma prawo paradować w szlafroku.

Na obiad zupa z pietruszki. Wczoraj też ją jadłaś i co z tego. Jeśli tak dalej pójdzie, to i na jutro zostanie. Ciepło w brzuszku, ciepło w duszku. Pamiętaj, by nastawić budzik na wypadek, gdybyś znowu zaspała na zajęcia. Zapisałaś się do nowego instruktora, więc nie możesz dać plamy. Pożyczysz koleżance sukienkę. Jak to nie masz do niej bolerka?! Nie mam, chyba że chcesz sztuczne futerko. Będziesz pięknie wyglądać w tym zestawie w środku lata. Jesteś chyba jedyną osobą, jaką znam, która nie ma bolerka. Jakie to ma znaczenie, pytasz w duchu, wyjmując sukienkę i podając ją koleżance. Nie zmieszczę się w nią. To przymierz inną. Nie, jednak pójdę z mamą na zakupy. Może coś wybierzemy. I będzie bolerko. Bolerko-żeberko, myślisz.

Nie będzie tak źle. Nie dość, że nie zaspałaś, to w dodatku wyszłaś z domu odpowiednio wcześnie, Mistrzyni Zarządzania Czasem. Powinnaś być o odpowiedniej porze. Wchodzisz do sali. Zajęcia już się rozpoczęły, jak widać. Ćwiczysz z pozostałymi osobami. Wprawdzie zestawy są dość energiczne, ale nie narzekasz. Po skończonych zajęciach instruktor pyta, czy na pewno jesteś zapisana do jego grupy, bo nie może doliczyć się jednej osoby więcej. Wyjaśniasz, na jaki typ ćwiczeń przyszłaś. Ale to był trening po obwodzie, słyszysz, a nie FitBalet. Ten jeszcze trwa w sali w drugim skrzydle.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Pietruszka

Niezastąpiona w kuchni oraz podczas kuracji gwarantujących powrót do zdrowia. Osoby chcące pozbyć się zbędnych kilogramów powinny koniecznie włączyć ją do jadłospisu. Bogate źródło witaminy C i żelaza. Nie traci swoich właściwości podczas obróbki cieplnej. Bohaterką dzisiejszego wpisu staje się Pani Pietruszka, a właściwie jej nać. Ale po kolei.

Wstałaś z łóżka jak zwykle prawą nogą. Podczas pożywnego śniadania, na które składały się resztki czerstwiejącego pieczywa z masłem i dżemem, sporządziłaś listę zakupów. Ba, szumnie powiedziane. Potrzebujesz tylko kilka sztuk warzyw i owoców, obowiązkowo sezonowych i lokalnych, pieczywo z dodatkiem orkiszu i… na tym koniec. Kupuj tylko tyle, ile zjesz w ciągu najbliższych dwóch dni, Ty i najbliżsi w Twoim otoczeniu, pamiętaj o złotej zasadzie konsumenckiego minimalisty. To nie hołd idei, ale Twoje możliwości finansowe sprawiają, że jesteś jej wyznawcą. Biegniesz do marketu. O tej porze powinny jeszcze być świeże i nieprzebrane. Jest środek tygodnia. Grilloluby budzą swoje instynkty ok. piątku, jak wykazują statystyki sprzedaży. Napełniasz kosz potrzebnymi produktami. Tylko jedna doniczka z pietruszką. Wygląda naprawdę okazale. Będzie stanowić ozdobę Twojej kuchni. Słyszysz głos obsługi „może weźmie Pani dwie, policzymy taniej. A już się kończą. Cena za nać pietruszki w tym roku jak za ośmiorniczki. „Skoro będzie mnie stać na zielone owoce morza, to chętnie. Poproszę”. Poczułaś się niczym VIP. „Tak właściwie to damy Pani trzy doniczki, jeśli Pani chce. Ta jedna taka bardziej licha, więc byłaby gratis, a za tamte obie policzymy”, obsługa świetnie wyszkolona w marketingu bezpośrednim negocjuje dalej. „Heh, jeśli ma się zmarnować… Biorę.” Odważna decyzja jak na kogoś mającego jeno dwie ręce oraz siatkę wielorazowego użytku.

Obładowana trzema doniczkami z zieleniną oraz siatką z zakupami warzywno-owocowymi wracasz do siebie. Jaki piękny, letni dzień! Ptaki śpiewają, słońce świeci, sąsiedzi uśmiechają się z nieudawaną serdecznością: „będzie co do rosołu wrzucać, co?”. Oj, tak, ripostuję, przez całą zimę”, chyba nakarmię tym armię <trawożerców>”. Stawiasz zakupy na blacie. przychodzi refleksja: co ja zrobię z taką ilością natki pietruszki? Niech się zastanowię. Część zamrożę, a część…

Reszta dnia upływa pod znakiem przetwarzania natki pietruszki i nadawaniu jej innego, pożądanego kształtu. Poszukujesz uniwersalnych receptur na potrawy z dodatkiem zielonego źródła zdrowia i witamin. Twoja kuchnia wzbogaca się o pietruszkowe pesto, umówmy się, że kombinacja rozmaitych składników typu orzechy, siemię lniane i drobno posiekana natka to pesto. Jest i sos np. do makaronu. To nic, jeśli tymczasowo brakuje makaronu. Ważne, że jest sos. Oddasz część do wspólnej lodówki. Naleśniki z warzywami. Tylko tym razem cienkie usmaż. Przez kilka kolejnych dni nie umrzesz z głodu, a przy okazji zrobiłaś zapasy na zimę.

Całuchy-kluchy!