Oni. Kisiel morelowy

-To była pierwsza potrawa, którą nauczyłam się robić w dzieciństwie. Mama zbyt wyczerpana obowiązkami domowymi, sprawowaniem opieki nad dziećmi i pracą w gospodarstwie nie miała siły, by wieczorami go robić, a ja uwielbiałam kisiel o smaku morelowym. Na naturalnym soku. Chciałam go jeść prawie codziennie. Któregoś wieczoru mama nie wytrzymała i powiedziała, że jestem już duża i od dziś mam się nauczyć, jak go samodzielnie przyrządzać, więc się nauczyłam. Obecnie jest w sprzedaży w tubkach, ale ja i tak wolę sama go robić. Mieliśmy gospodarstwo. Sad. Drzewka morelowe. Ciasto, które Pani je, zawiera morele z naszego sadu. Cieszę się, że smakuje. Właściwie już nie uprawiamy owoców. Oddaliśmy sad w dzierżawę, gdy rodzice przestali dawać radę. Brat prowadzi ten lokal. Przejął po mamie. Próbowała Pani kompotu? Brat osobiście nadzoruje receptury. Nie zmienił pracowników kuchni od lat. Drugie pokolenie kucharzy dla nas pracuje. Tutaj na kolonii znamy się wszyscy. Doleję Pani. Ja mam problem, jak pewnie Pani zauważyła. Dlatego nie mogę prowadzić tego biznesu. Teraz jestem na przepustce. Trochę im pomagam, ale bardziej interesuje mnie, kto tu bywa. Cieszę się, że mogłam Panią poznać.

-Ogromnie mi miło. W ofercie nie ma kisielu o smaku morelowym, a tak chętnie bym skosztowała.

-Wiem, kim z zawodu Pani jest i że jest Pani przejazdem. Podoba się tu Pani. Różni ludzie tu zaglądają. A ja postanowiłam sobie, że wyjadę stąd do A., zostanę malarką i będę prowadzić własną galerię. Ale, jak Pani widzi, czasami trzeba odłożyć marzenia na bok. Kolejna terapia. Kolejni specjaliści. Kolejne turnusy. I na razie nie ma poprawy. Widzę, że Pani już prawie gotowa do wyjścia. Zaczeka Pani jeszcze chwilkę? Coś mam dla Pani. Szkic powstał dziś w nocy. Skutki uboczne mojej choroby to bezsenność. Ale nie tracę czasu. Jakąś ramkę ma Pani do tego? Zaraz… Jeszcze dedykacja…

One. Liderka

-Muzyka gra zdecydowanie za głośno. Mogliby Państwo ją nieco ściszyć?

-Tak, oczywiście. Przekażę. Nie smakuje coś Pani?

-Nie, skąd.

-Dla Pani jako dla stałego gościa powinny być jakieś promocje.

-Dziękuję, wystarczy mi dobrze zaparzona kawa i coś słodkiego do niej, a czasami tylko kawa.

-Dziś akurat jest mały ruch. Przy takiej pogodzie pewnie nie chce się ludziom wychodzić z domów. Może zrobię drugą kawę. Na nasz koszt. Ta, którą Pani pije, jest nieudana.

-Dziękuję, nie trzeba.

-Obecna liderka zmieniła standardy. Pani, jak widzę, często tu bywa, więc pewnie zauważyła.

-Cóż, byłam świadkiem, jak nowy lider „szkoli” pracownika w zakresie obsługi stolików oraz ekspozycji ciast. Przyznaję, niczego bym się nie nauczyła po takim szkoleniu. Poza tym w ogóle nie zwróciła uwagi pracownikowi, aby najpierw sprzątnął ze stolików brudne naczynia, gdy klienci opuścili lokal, a dopiero potem zajął się witryną.

-Ja jestem wykwalifikowanym baristą, blisko siedem lat pracowałem w Szkocji w knajpie. Kilka miesięcy temu wróciłem. Moje małżeństwo się rozpadło. Właściciel pubu splajtował. Pomyślałem, że trzeba zacząć od nowa tutaj.

-Nie widuję Pana zbyt często przy barze, odkąd nastąpiła zmiana na stanowisku lidera. Nie ubliżając, ale częściej widzę, jak Pan przeciera podłogi, sprząta toalety i wyciera blaty stołów niż zaparza kawę.

-Ostatnio tak właśnie jest. To, co Pani pije, to nie jest capuccino, tylko flat. Na podwójnym espresso. Liderka za mną nie przepada, bo jej o tym powiedziałem, a ona na to, że tu jest Polska i są inne standardy niż na wyspach. Poza tym klienci są przyzwyczajeni do wdrożonych rozwiązań, a punkt zbiera głównie dobre recenzje w sieci, dlatego nie ma powodu do wprowadzania zmian.

-Mimo to odnoszę wrażenie, że ruch ostatnio jakby się zmniejszył.

-Jeśli tak dalej pójdzie, to się stąd zwijam. Jeśli miałaby Pani ochotę posłuchać czegoś więcej o paleniu kawy albo chciała kiedyś kupić dobry ekspres, to chętnie doradzę.

-Dziękuję, z pewnością skorzystam.

-Do końca tygodnia mam głównie popołudniówki. Może Pani zajrzeć na mój profil. Umiem też przyrządzać sałatki. Receptury i sposób przygotowania znajdzie Pani w opisach. Są mega proste i fit.

-Z pewnością zajrzę.

One. Serwetka

-Prosiłam o bajgla z indykiem na ciepło, a ten, którego otrzymałam, jest zimny i na pewno nie zawiera mięsa drobiowego.

-Faktycznie. Pamiętam. Proszę mi go dać. Natychmiast wymienimy. Chwilowo skończyły nam się porcelanowe kubki i filiżanki. Czy możemy podać Pani czekoladę w kubku jednorazowym?

-Tak.

Pracownica kawiarni wygląda na zamyśloną. Na twarzy maluje się przemęczenie oraz grymas bólu. Ostre światło zamontowane w lokalach zdradza wszelkie mankamenty urody spowodowane np. nieprzespaną nocą. Cera kelnerki jest wręcz trupio blada, a dłonie chaotycznie ślizgają się po pulpicie urządzenia rejestrującego opłaty.

-Proszę usiąść. Zamówienie przyniosę do stolika.

Zajmuję zatem miejsce za filarem. Zauważam, że przy sąsiednim stoliku zatrzymała się kobieta na wózku inwalidzkim. To prawdziwy napędzany elektronicznie rolls-royce wśród pojazdów przeznaczonych między innymi dla osób z postępującymi chorobami neurologicznymi. W myślach stawiam diagnozę. Stwardnienie zanikowe…

-Proszę, oto Pani zamówienie.

-Dziękuję. Mogłaby Pani przetrzeć blat?

Dziewczyna z sąsiedniego stolika potrzebuje chusteczki do wytarcia ust. Przydałaby się też papierowa serwetka na kolana. Znam ten upór. Napięcie twarzy i grymasy mówią „Odwal się. Dam radę”. Poradzisz sobie, oczywiście, że tak. Zacięcie i upór nie gasną. „Nie poproszę o pomoc”. Odjedź kawałek tą gablotą, ale w taki sposób, aby odwrócić się do mnie plecami. Dziewczyna czyta mi w myślach. Tymczasem wstaję i bezszelestnie przekładam serwetki na brzeg jej stolika tak, aby przy pomocy dwóch sprawnych palców mogła je wydobyć z pojemnika. Ściskam bajgla nieco mocniej, a sos kapie mi na dłoń.

-Mogę z Pani stolika jedną chusteczkę?

Jest zgoda. I uśmiech widoczny w spojrzeniu. Wyjmuję więc dwie papierowe serwetki, a następnie je rozkładam, przy czym jedna przypadkiem ląduje na udach niepełnosprawnej dziewczyny, która potakująco skłania głowę. Może tak zostać.

-Pierwszy raz zatrzymałam się na lunch w tym punkcie. Mają tu pyszne kanapki.

Mrugnięcie sąsiadki oznacza aprobatę.

Oni. Oferta

-Wyśmienita. Dziękuję. Bez dodatków. Taka, jaką najbardziej lubię.

-Cieszę się, że smakowała. Jabłka z naszego ogrodu. Gdy spędzisz tutaj kilka dni, może okazać się, że wszystko Ci posmakuje.

-Może pora nauczyć się piec?

-Nie ma sprawy. Pojutrze przyjeżdża mama. Zakręć się przy niej. Chętnie Cię nauczy. Przyda Ci się przerwa w pracy. Wyglądasz na osobę, która tego potrzebuje.

-Odrzuciłeś propozycję…

-Tak. Zostałem nominowany do awansu. Nie skorzystałem z oferty. Powiedziałem im, że jeśli jeszcze raz zgłoszą mnie do tego typu nagrody, złożę wypowiedzenie.

-I?

-Przestali mnie straszyć… Zostaję na obecnym stanowisku. Jeszcze przez kilka miesięcy.

-A potem?

-Mam swój gabinet tutaj. Mogę też pracować zdalnie. Zgłaszają się do mnie ludzie. Widzę, jak dokonują się w nich zmiany. Lubię to miejsce. Z dala od miasta. Proste życie. Proste potrawy. Brak telewizji. Dom jest stary. Ma swoje humory, ale klientom to nie przeszkadza. Zresztą dysponuję własnym portfelem klientów. Postanowiłem zaryzykować. Latem mogę wynajmować te dwa pokoje, ale tylko sprawdzonym osobom.

-Słusznie. Kto nie ryzykuje, ten nie je szarlotki. Mówią, że jeśli tak dalej pójdzie, cały dotychczasowy team się rozpadnie.

-Wiesz, liderem z wizją została kobieta, która klepie frazesy o porywach serca. O podążaniu własną ścieżką. Przychodzi do pracy obwieszona talizmanami. Odprawia jakieś rytuały, co wygląda nieco komicznie, jeśli zważyć na fakt, że zgłaszają się do nas ludzie z problemami. Nierzadko na życiowych rozdrożach. Naszym zadaniem jest przeprowadzić klienta przez proces zmiany, a wcześniej uświadomić mu, co zostało skopane.

-Ze mną też chcieli negocjować, ale powiedziałam, że zmiana warunków umowy nie wchodzi w rachubę. Obawiam się, że też rozwiążę z nimi współpracę.

One. Miasto

-Dziękuję, że mnie tu zabrałaś. Prawdziwa manufaktura. Dotychczas składałam zamówienia głównie on line, nie mając pojęcia, że istnieje punkt stacjonarny.

-Teraz już wiesz. Będziemy tu częściej zaglądać. Są organizowane warsztaty i pokazy. Czas na obiecaną niespodziankę. Mogę pokazać Ci inne oblicze miasta, jeśli chcesz. Uprzedzam, że jeśli będziesz wykonywać zdjęcia, lepiej robić to dyskretnie. Mieszkańcy mogą czuć się niekomfortowo i dać temu wyraz. Idziemy?

-Idziemy. Prowadź.

-Nie obawiasz się ciemności, więc nie będzie problemu z wejściem w głąb podwórek. I uważaj, na co wchodzisz. Mnóstwo tutaj nie tylko psich min.

-Tu jest bardzo ładnie. Piękna architektura. Wystarczyłoby tylko trochę ją odrestaurować.

-Istotnie, lecz miasto nie ma co zrobić z mieszkańcami, dlatego zostaje po staremu. Wbrew pozorom to samowystarczalna dzielnica. Właściwie wszystko tu można dostać. Jeśli nie od ręki, to za jakiś czas. Tu jest punkt konsultacyjny. W suterenie. Przychodzi mnóstwo beneficjentów. Nawet dwaj się czają.

-Skąd o tym wiesz?

-Spójrz na nich. Czekają na zamknięcie, aby podejść. Teraz w lewo, przez wjazd. I jesteśmy w podwórku. Zajrzymy lokatorom do jam?

-Coś Ty?! Odważny pomysł.

-Będziemy kukać, a w razie czego powiemy, że niby robimy projekt i przyszłyśmy fotografować drzewo w podwórku. I graffiti. Patrz tam.

-Ojej, nawet nie zasłonili okien. Wszystko widać. Na stole góra ubrań, a reszta leci z szafy. Nie ma nawet krzeseł. Ale ten pies ujada.

-Konkurencja dla telewizora. Chodź teraz na drugie podwórko. Jest ciemno, lecz stosunkowo wcześnie. Nikt nas nawet nie zauważy. Tam, na ostatnim piętrze niedawno wybuchł pożar. Niby instalacja, ale powiadają, że jakiś bezdomny nocował i może to on. Uważaj na błoto.

-A to co? Wymiana kanalizacji?

-Na to wygląda.

-Jak tu cicho.

-Wbrew pozorom to spokojna dzielnia. Mieszkańcy balują głównie na kwadracie. Wychodzą do nocnego po zapasy. Dużo ciekawiej byłoby o wczesnych godzinach porannych. Wtedy z okien lecą różne gadżety, a z klatek schodowych wyłaniają się rozmaite postacie. Tam były dawne jatki. Teraz jest składzik na dziko. Zatrzymajmy się na chwilę. Potrzebuję czegoś z apteki.

Notatki. Sierpień

Kolejna noc spod znaku ulewy. Lubię słuchać, gdy krople deszczu uderzają o bruk dziedzińca oraz o meble i rośliny ogrodowe ustawione wzdłuż niego. Daruję sobie sen. Jest tak przyjemnie, że wychodzę na balkon i usiłuję oczyścić pękniętą na pół głowę. Za bardzo analizujesz i masz zbyt wysokie oczekiwania, usłyszałam w odpowiedzi na swoje niedawne rozterki, stąd tak silne emocje. Gdybyś je <oczekiwania> ograniczyła albo zredukowała, nie byłoby tylu dylematów, analiz. Może powinnaś skorzystać z fachowej pomocy? Coach? Mentor? Znowu to samo. W jakim celu rozkładam te zdania na czynniki pierwsze? Chwytam małą poduszkę, otulam się szczelnie kocem i ląduję w hamaku. Może tym razem zasnę? Deszczowe noce są takie kojące. Gdy odpowiednia pozycja w hamaku zostaje zajęta, odpycham się łagodnie bosą stopą od podłoża i zaczynam się rytmicznie bujać. Głowa serwuje rozmaite myśli. Dokończ notatki. Uporządkuj oba dyski. Napisz zaległy e-mail. Zmodyfikuj biurko. Zacznij od znalezienia dobrego stolarza. Zaczynam od jutra. Teraz jesteśmy tylko poduszka, ulewa, noc i ja. Jesteśmy jednością.

Budzi mnie krakanie wron i kawek. Nie miałam pojęcia, że tyle ich tu jest. Ale budynek jest przecież stary, zawiera mnóstwo ptasich kryjówek i wymaga kapitalnego remontu. Nic dziwnego, że te piękne ptaki upodobały go sobie jako miejsce przeznaczenia. Schodź na śniadanie, już czas. Zdawałyby się mówić do mnie w ptasim języku.

Pary podczas wspólnych wyjazdów niekiedy zachowują się osobliwie, w sprzeczności wobec zasad właściwych czysto ludzkiej naturze. W jadalni pojawiają się: on ubrany w koszulkę z logo popularnej firmy produkującej motocykle (innego dnia miał na sobie T-shirt z nadrukiem biblijnej bestii). Na stopach oczywiście popularne klapki marki będącej częstym gościem memów. Ona, która bardzo chciałaby być obsługiwaną damą o nienagannej dykcji i manierach. Kawa z mlekiem? Jaką wziąłeś? Jakiej marki? Ile nalałeś? Skąd? Tam była. Mogłeś z innego pojemnika wziąć. Dużo mleka dałeś? Jakie pieczywo bierzesz? Ile kromek? Jakiego rodzaju? Do wędlin możesz wziąć dodatki. Musztarda. Ketchup. Tylko nie wyciskaj za mocno. Bo wytryśnie. Coś do picia jeszcze przynieś. Może spróbuj soku. Tylko uważaj na żołądek.

Stoję przy ekspresie do kawy i kątem oka przyglądam się twarzom rozmówców. Przyrządzam kawę tak mocną, o jakiej on mógłby co najwyżej śnić przy swojej wybrance, i z taką ilością mleka, jakiej potrzebuję. Wcinam ciastka i kawałki owoców. Do tego świeżo wyciskany sok. Uśmiecham się do mężczyzny znacząco, aby wiedział, że ja wiem, przez co on przechodzi. Człowieku, wycofaj się, zanim będzie za późno. I zmień koszulki, bo kłócą się z Twoją osobowością.

One. Ziemia

-Mamy zajęty kalendarz do końca roku. Akurat terminy podane przez Panią idealnie się w niego wpisują.

-Cieszę się, że znalazły Panie dla mnie czas. Śmieszne są te kozy. Uciekły przede mną, ale nie miałam zamiaru ich wystraszyć.

-To matka i córka. Dzięki nim mamy mleko, bo dziecko Heli ma alergię i lekarz pediatra zalecił kozie mleko zamiast krowiego. Nie chce małemu dawać sztucznych mieszkanek. Inaczej, jej zdaniem, prowadzenie takiego gospodarstwa nie miałoby sensu. Przy okazji wyrabiamy sery, ale wyłącznie na swój użytek.

-Jak długo Pani tutaj pracuje?

-Dwa lata jako instruktor, ale od czasu do czasu pomagam w gospodarstwie. Przyda się dodatkowa para rąk. Będziemy rozbudowywać stajnie, dlatego w perspektywie skupimy się głównie na jeździe sportowej.

-Mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się dość dobrze opanować podstawy.

-Bez obaw. Jest Pani blisko celu. Jeśli szuka Pani pokoju do wynajęcia, za jakiś dobry tydzień zwolni się jeden. Byłby idealny dla Pani i nie trzeba byłoby tracić czasu i pieniędzy na dojazd na lekcje.

-Przyznaję, że ładna okolica, a gospodarstwo robi wrażenie. Jest zadbane. Zwierzęta też.

-Przyjechałam tutaj na praktyki i zostałam. Wraz z narzeczonym mamy zamiar kupić ziemię w tej części Polski.

-Tu w okolicy?

-Niekoniecznie. Raczej na wzgórzu. I na końcu świata, gdzie będą tylko góry, lasy i konie.

-Będą Państwo dodatkowo coś uprawiać?

-Ziemia jest potrzebna, aby założyć stajnię. Chcemy zawodowo prowadzić działalność związaną z końmi. Jazda. Hotel. Dzierżawa. To mądre i piękne zwierzęta. Są jak dzieci. Przytrzyma Pani?

-Tak.

-Stara chata do remontu byłaby ok, ale na początek możemy zamieszkać w przybudówce tuż przy stajniach. Gdzie ta Zosia? Miała mi pomóc zaprowadzić konie.

-Chętnie pomogę, jeśli to nie problem.

-Nie, a prowadziła Pani kiedyś?

-Mogę się nauczyć, jeśli Pani pozwoli.

-Proszę tu chwycić i idziemy. Pięknie! Bardzo dobrze sobie Pani radzi.

-Dziękuję. Staram się. Mam nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie. Proszę dać znać, gdy z pomysłów coś się urodzi. Będzie mi ogromnie miło zagościć u Państwa.

Notatki. Święta po naszemu

Od lat można zaobserwować stopniowe wydłużanie się czasu oczekiwania na święta Bożego Narodzenia, które charakteryzują się między innymi tym, że przypadają w stałe dni roku. Pierwsze życzenia radosnego przeżywania Gwiazdki otrzymałam w okolicy połowy października, zatem w czasie, gdy niektórzy jeszcze nie powrócili z letniego urlopowania. I tak już w październiku na witryny sklepowe trafiły rozmaite ilości czekoladopodobnych wyrobów w złotkach, pierników w różnych smakach, udekorowanych w gwiaździste symbole, otyłych, plastikowych dziadków w czerwonych paltach tudzież ich inflacyjnej wersji – po diecie keto, z sześciopakiem (nie zawsze na ciele). Co my świętujemy? Chciałoby się zapytać coraz głośniej i wyraźniej. I kiedy?

-Jestem znudzona czekaniem na święta. Najadłam się korzennych ciastek, udekorowałam dom miesiąc temu. Część dekorów została rozwalona przez kota, który lubi się nimi bawić. Prezenty dla rodzinki leżą w szafie, dostarczone i zapakowane przez znaną firmę. Potrawy zamówiłam z odpowiednim wyprzedzeniem.

-A gdybym Ci powiedziała, że można czekać na coś inaczej, pełniej?

-Nudy.

-Wojna o życie karpi to nie wszystko. Wyjedź gdzieś, odpocznij.

-Irytuje mnie dźwięk Twojej bransoletki, gdy piszesz, a jej elementy ślizgają się po klawiaturze.

-Nie słuchaj. Odpraw… Co tam za rytuały odprawiasz?

-I tak w to nie wierzysz.

-Nie przyniosły spodziewanej poprawy, co?

-Widocznie nie skupiłam się zbyt mocno na oddechu.

-Może byś gdzieś wyszła zamiast narzekać? Dotlenisz się. Wrócisz z otwartą, odświeżoną głową.

-Dlaczego nie chcesz dekorować mieszkania ani piec pierników? Dlaczego jesteś taka uparta? I tak co roku.

-Zbędne atrakcje. Pierniki kupuję i jem przez okrąglutki rok. W różnych smakach. W mieszkaniu utrzymuję porządek niezależnie od świąt.

-Nie chcesz zmiany? Takiej trwałej. Radykalnej.

-Nie.

-Może wpadniesz do nas w pierwszy dzień świąt? Wiem, co powiesz. To, co każdego roku.

-Dziękuję, nie.

-Co będziesz robić?

-Wspominać.

Frytki z batatów

-Pani jest taka pełna życia i ma piękną cerę. Jaki jest sekret utrzymania jej w tak dobrej kondycji? Jeśli to nie tajemnica oczywiście.

-Częstuję ludzi uśmiechem. Oprócz frytek, ale nimi zarabiam na życie. Podać Pani sól?

-Nie, dziękuję. Od razu Panią zauważyłam. Ma Pani fantastyczne podejście do dzieciaków. Ale na tym chyba nie da rady zarobić tym bardziej, że cena porcji dla nich jest inna niż ta oficjalnie podana.

Ruch przy budce wzmaga się, więc rozmowa jest przerywana. Ale mimo to właścicielka nie przestaje się uśmiechać do klientów dla każdego mając ciepłe słowo.

-Jest Pani bardzo spostrzegawczą osobą w takim razie. Kiedyś pracowałam w szkole. Napatrzyłam się na to, jak dzieciaki boksują się z życiem.

-I co sprawiło, że po części zmieniła Pani profesję?

-Sporo przeszłam. Nie godziłam się na zmiany. W międzyczasie przebrnęłam przez ciężki rozwód. Zostałam z niczym. Bez mieszkania. Nie miałam się gdzie podziać. Wtedy poznałam B. Gdzieś tu się kręci. Robi obchód okolicy. Jutro wyruszamy bardziej na północ.

-Też na kiermasz tego typu?

-Tak, połączony z nadaniem imienia jakiemuś ośrodkowi.

-Taki kawał świata Państwo zjeżdżą. Można przy okazji poznawać ciekawych ludzi.

-Głównie bezdomnych. Takich jak my. Nie wiem, na ile jest Pani zorientowana w temacie tzw. wykluczonych.

-Coś tam wiem, ale to nieuporządkowana wiedza i raczej nienabyta na drodze osobistej praktyki.

-W Polsce żyje cała masa ludzi, którzy nie mają się gdzie podziać. Wędrują z dobytkiem na plecach lub w rękach. Widzę w nich siebie sprzed lat.

-Duży ruch u Pani.

-Nie zawsze tak było. Konkurencja nie śpi. Podatki nas zjadają.

-Frytki smakują wybornie. Pomysł oryginalny. Posiłki spod znaku eko na kółkach.

-Cieszę się, że Pani tak mówi. Od wczoraj widzę, jak Pani krąży po polu, ale stołuje się chyba głównie u nas. Mam rację?

-Tak i dlatego mam odwagę zapytać o czas sprzed ciężarówki.

-Chciałam być zawodowym kierowcą, dlatego złożyłam podanie do technikum w czasach, gdy dziewczyn raczej nie przyjmowano do tego typu szkół. Wraz z dwiema koleżankami byłyśmy pionierkami.

-Świetnie. Warto przełamywać schematy. Iść pod prąd. Pokazać, że można.

-Byłam… Jestem autsajderem. Pani też nim jest. Widzę to w Pani oczach. Taka wilczyca stepowa.

-Coś tłoczno na tym stepie się robi.

One. Ulewa

-Trzeci dzień leje.

-Przecież to lubisz.

-Nie wiem, za co się zabrać. Akwarele. Pastele. Może medytacja. Tyle do zrobienia.

-Mogłabyś się ogarnąć. Siedzisz w szlafroku, a jest popołudnie.

-I tak nie wychodzimy.

-Dla samej siebie ogarnij się. Zrób coś. Włosy ułóż. Umyj się.

-Ty ciągle swoje. Siedzisz tylko przed kompem i trzaskasz w klawiaturę udając, że coś robisz. Mogłabyś chociaż powiedzieć mi, w jakim kierunku idę. Ocenić akwarele. Coś doradzić.

-Nie znam się na tym, a jeśli malowanie sprawia Ci przyjemność…

-Chciałam nimi trochę dorobić. Rozwijać się.

-Od lat niczego nie sprzedałaś. Daruj sobie zarobek.

-Oni uznali, że nie muszę zarabiać w ten sposób. Malować i sprzedawać.

-A w jaki?

-Mogę prowadzić zajęcia z medytacji albo arteterapii.

-Dlaczego zatem ich nie prowadziłaś i nie prowadzisz?

-Nie było chętnych.

-Bzdura.

-Nie mam ukończonych specjalnych kursów.

-Wciskali Ci ciemnotę, aby wozić się na Twoich plecach.

-Kto?

-Ci, którym opłacałaś rachunki. Z którymi dzieliłaś łóżko i lodówkę. Byli zachwyceni Twoimi pracami, ale to nie przedkładało się na zarobki. Zauważ, tylko ci, którzy z Ciebie korzystali, byli zadowoleni z tego, co robisz. Gdzie oni teraz są?

-Ludziom plany się zmieniają. Czasami z dnia na dzień.

-Ulotnili się, gdy zaczęłaś brać coraz silniejsze dropsy i wyskoczyłaś ze wszystkiej kasy. Syfiaste lumpy bez grosza przy duszy. Artyści ze spalonych teatrów. Nikt oprócz nich nie zachwycał się Twoimi arcydziełami, ale tego nie zauważyłaś. Obgotowali Ci mózg, ale tego również nie dostrzegasz.

-Lepiej kończ swój doktorat.

-Zrezygnowałam.

-O, proszę.

-Nie będę pisać pod dyktando profesury i publikować zakłamanych wyników badań.

-Tak im powiedziałaś?

-Niezupełnie. Inaczej ubrałam to w słowa. Zresztą doktorat nie jest mi do niczego potrzebny. Większą satysfakcję daje mi praca z grupami i wolontariat. Może rozważysz tę opcję?

-Nie czuję się na siłach.

-Tobie jest potrzebna pomoc. Lecisz w dół, mała.