Nadszedł ten dzień. Masz wolne. Nie sprzątasz. Nie nadrabiasz zaległości z pracy. Nie zajmujesz się sprawami innych. Nie ogarniasz niczego oprócz siebie. Żadnych zakupów, stania w kolejkach, nasłuchiwania mało inteligentnych rozmów przy kasach. Wstajesz niczym młoda bogini (jasne, że to przesada, dodaje pikanterii życiu) i bierzesz długi prysznic. Otulasz się szlafroczkiem i zabierasz się do przyrządzania czegoś do jedzenia. Owsianka odpada. Chcesz malutkie kanapki. A do tego kawę. Popijając ją zastanawiasz się, jak spożytkujesz ten cudowny dzień. Radiowy spiker zachęca do spacerów na łonie przyrody. Eureka! Wskakujesz w buty pamiętające czasy egzaminów i spodnie sprzed życiowej rewolucji. Biegniesz przed siebie w poszukiwaniu spokoju. Omijają Cię gromady cyklistów wykrzykujących coś raz po raz i całe stada biegaczy z urządzeniami na przedramionach odmierzającymi liczbę przebytych kilometrów. Amatorzy biegania zatrzymują się co jakiś czas i serwują selfie przy pniach drzew. Radio podawało, że spacer wśród przyrody w otoczeniu ptaków (nielicznych w stosunku do użytkowników lasu, jak się okazuje) zdecydowanie poprawia urodę i kondycję. Uwierzyłaś.
Wracasz do siebie. Postanawiasz kontynuować działania mające na celu poprawienie natury. Z szafek wyjmujesz wszystko, czym łazienka bogata i próbujesz odczytywać etykiety. To dzień piękna. Skoro tak został zapowiedziany, to niechaj takim pozostanie. Obmywasz buźkę czymś pachnącym. Potem nakładasz na twarz czarną, plastyczną masę. Napisano na opakowaniu, by dobrze ją rozsmarować, zatem czynisz wedle wskazówek. Kolejny etap to pozostawienie kosmetyku na 10 minut. W tym czasie będziesz leżeć, pachnieć (niekoniecznie substancją, którą się nasmarowałaś) i relaksować się przy dźwiękach muzyki. Kładziesz się wygodnie i zamykasz oczy. Budzi Cię uczucie mocnego ściągnięcia na twarzy. Dotykasz policzka. Dociera do Ciebie, że nie zmyłaś maseczki. Idziesz do łazienki i próbujesz zetrzeć to, co masz na twarzy. Udaje się po wielu próbach, ale jak teraz mocno szczypie. Gdzie Twój olejek? A , jest! Bryzg! Na koszulce ląduje część zawartości buteleczki. Masujesz kolistymi ruchami facjatę. Ojej, ale jak wygląda podłoga. Trzeba ją czym prędzej zetrzeć. Ręcznik i poducha też oblepione czarno-szarym gipsem. Próbujesz je doczyścić. Żegnaj, poduszko. Byłaś mi wierna przez tyle lat.
Zmęczona niezapowiedzianymi porządkami i zaskoczona możliwościami, jakie w Tobie drzemią, postanawiasz kontynuować prace nad poprawianiem tego, co już w sobie masz. Pora na stopy. Czas oczekiwania na działanie zabiegu pielęgnacyjnego wynosi ok. 20 minut. Poświęcisz się. Siadasz przy stole i odmierzasz czas. Nie wytrzymujesz bezruchu i bierzesz się za przygotowanie sosu winegret. Ostrożnie pamiętając, że na stopach masz coś tłustego. Jeżeli sos znowu nie wyjdzie, to dasz sobie spokój i przez najbliższy rok nie będziesz jeść sałatek z jego dodatkiem. Przelewasz składniki do słoiczka, zamykasz go szczelnie i je łączysz. Po trzech minutach następuje degustacja. Pycha. Taki właśnie sobie wymarzyłaś. Zaraz coś do niego przygotujesz. Zrywasz się gwałtownym ruchem z krzesła i… zapomniałaś, że masz tłuściutkie stopy. Wstań, otrzep pył z nóg i weź się za siebie… Wytrzyj maź, którą masz na stopach. Nałóż grube skarpety. Pora na podwieczorek. Zacznij działać. Poprawianie urody ma swoje zalety. Można wreszcie nauczyć się, jak przygotować idealny winegret.
Całuchy-kluchy!
