One. Gruszki

-Jak Ci minęło popołudnie?

-Byłam na cmentarzu. Miałam wyłączony telefon.

-W jakim celu? Przecież nikogo tam nie masz.

-Zwiedzałam stare grobowce i spacerowałam alejkami. Chciałam się wyciszyć.

-I co pomogło?

-Pomogło, ale teraz bym się czegoś napiła.

-Najpierw przechadzasz się pomiędzy grobami, a potem piszesz te mroczne rzeczy. Niedługo sama staniesz się grobowcem.

-Co to?

-Gruszki.

-Przecież widzę.

-To dlaczego pytasz?

-Chciałam dowiedzieć się, kogo zamierzasz nimi nakarmić.

-Nas, chyba że jeszcze kogoś zaprosimy do stołu.

-Zjemy tyle? Zmarnują się.

-Nie zmarnują. Ugotuję je z dodatkiem goździków. Zrobimy zapasy.

-Rozpieszczasz mnie. Znowu noc z głowy?

-Jeśli nie można inaczej. Ty będziesz pisać dreszczowce, a ja w tym czasie zaprawiać gruszki.

-Dojrzewam do decyzji o wolontariacie w hospicjum.

-Jeszcze Ci mało wrażeń?! Żyjesz opisywanymi przez siebie historiami, często ciężkostrawnymi, a na deser chcesz patrzeć, jak ludzie odchodzą?

-Chciałabym…

-Wiem, co byś chciała… Wyłącz to myślenie. Żyjemy tu i teraz. Nie podołasz.

-To się okaże.

-Obieramy gruchy?

-Obieramy. Podaj nóż. Wiesz, wcale nie mam ochoty iść na to przyjęcie.

-Powinnaś iść. Tak uważam.

-To idź za mnie lub ze mną.

-Jeszcze czego. To Twoja działka i Twój problem. Wyobraź sobie, że ta impreza to cmentarz, skoro je uwielbiasz. Będzie Ci lżej.

-W pewnym sensie nie pomyliłaś się. Dzielimy je na ćwiartki?

-Albo na sześć części, jeśli większa. Wstawię garnek z wodą.

-Naprawdę chcesz je teraz gotować?

-Noc długa. Przynajmniej zajmiemy się czymś dla żywych. Tylko nie pisz o tym na blogu.

-O gruszkach nie mogę, o śmierci i przemijaniu też nie powinnam. Wiem, że zrozumiesz i wybaczysz.

 

Notatki

Jesienne, opadłe liście wirują na silnym wietrze tworząc symfonię. Wciskają się pomiędzy ogromniaste głowy dyń rozlokowanych na werandzie jakby chciały ogrzać się pośród ich zwalistych ciał. Jest coraz zimniej. Zapada zmierzch. Przygotowałam świece i lampiony na wypadek przerw w dostawie prądu. Dziś już były przepięcia. Od porannych godzin w mediach grzmiącym głosem są podawane komunikaty ostrzegające przed porywistym wiatrem. Przynoszę kolejny dzbanek herbaty. Mogłabym tak spędzić zimę. Otulona w za duży sweter i koc. Nie sprzedam domu. To szaleństwo, powiesz, w Twojej sytuacji?! Przy braku stałego przypływu gotówki?! Nie podołasz wydatkom i pracy. Nie przepracowałaś ani jednego dnia. Nie wiesz, czym jest praca fizyczna! Znam na pamięć Twoje frazy.

Jakie to prozaiczne! Jakie znaczenie mają pieniądze w sytuacji, gdy urządzam kawałek wszechświata po swojemu? Lubię, gdy budzisz mnie SMS-ami w środku nocy. To nasza forma spotkania. Albo e-maile przychodzące o każdej porze. Czytam je kilkakrotnie, podobnie jak SMS-y. Zwykle poprawiają mi nastrój. Nie żałuję ani jednej sekundy w naszym byciu-niebyciu na odległość. Jestem to winna wszystkim, którym nie mogę stale towarzyszyć w codzienności. Jestem to winna Wam i sobie. Prosisz o wieści, jak mi mija czas, jaka herbatę zaparzyłam, co porabiałam w przerwach pomiędzy układaniem tekstów a włączeniem pralki, co ugotowałam na obiad, czy mam jeszcze zapasy lektury i jakiej. Teksty tworzą się same. Moje palce to tylko narzędzia, a kompozytorami są ludzie, bez których nie wyobrażam sobie życia. Jadam regularnie. Ostatnio głównie potrawy zawierające dynię. Suszę jej pestki.

Nie planuję sprzedaży domu. Wiem, że będą trudności z jego utrzymaniem. Właśnie spoglądam na róże. Niektóre odmiany mogą kwitnąć nawet podczas pierwszych przymrozków. Ich szczepki są u Ciebie w przydomowym ogródku. Gdy patrzymy na nie, możemy stale być razem. Nie znam się na uprawie ogrodu. Będę potrzebowała kogoś do pomocy. Doraźnie. Płot jest do wymiany. Najchętniej bym z niego zrezygnowała. Nie znoszę ogrodzeń. Część domu będzie zimą nieogrzewana. Nie mam środków na opał. Poza tym przyda się ktoś do naprawy starego radia. Nie chcę nowego. Uparłam się i już. Żaden serwisant, do którego się zwróciłam, nie podjął się naprawy. Będę więc szukać dalej. Do skutku.

Jaka jest różnica pomiędzy szczęściem a zadowoleniem? Pytasz coraz częściej. Odpowiedź jest taka: zadowolona jestem, a szczęśliwa bywam.

One. Wtedy

Obudziłam się w środku nocy. Znowu mi zimno. Myślę o Tobie. Wspomnienie jest formą spotkania. Zapewniam Cię, że stale jesteśmy razem. W takich sytuacjach często wracam pamięcią do czasu, gdy wieczorami rozpalałaś w piecu ogień. Momentalnie robiło się ciepło w całym domu. Wstawiałyśmy wodę na herbatę. Przywoziłaś ją od znajomej lekarki, która oprócz tego, że wyciągała od Ciebie pieniądze, rozdawała hojnie herbaty i kawy niby pochodzące z całego świata. Pewnie sama nie dała rady ich wypijać albo wcale jej nie smakowały, dlatego się ich pozbywała. Najbardziej lubiłam herbatę o zapachu pieczonych kasztanów. Lekarka medycznie Tobie niewiele pomogła. Znowu byłaś w punkcie wyjścia. Miałaś nadal zrujnowane zdrowie z tą różnicą, że bez oszczędności. Smażyłaś naleśniki dla naszej gromadki, a ja smarowałam je powidłami śliwkowymi z cynamonem. Wiem, że nie znosisz cynamonu, lecz dodałaś go z myślą o mnie. Często myślałaś najpierw o innych, o sobie prawie wcale i to się zemściło. Mówiłaś, że życie Ci się rozjeżdża, że rozpadasz się na kawałki, że czujesz się nieatrakcyjna i nie masz znajomych ani prawdziwych przyjaciół.

Już się nie odwiedzamy. Wiem, że nadal smażysz konfitury i robisz przetwory. Cukier zastępujesz stewią. Pamiętam Ciebie siedzącą na schodach domu i drylującą wiśnie. Tłumaczyłaś, że pestki będą dla świń. W październiku chodziłyśmy na orzechy. Mocno wiało od pola, a w wąwozie było potwornie zimno. Nie chciałam nosić chustki na głowie, ale mnie do tego zmusiłaś. Podrzucałaś kawałki gałęzi, które zaczepiając się o koronę drzewa sprawiały, że część orzechów spadała na ziemię. Dotychczas nie opanowałam tej sztuki. Gdyby nie Twoja pomoc, na tamtym etapie życia, umarłabym z głodu albo rozpaczy.

Obecnie kupuję coraz droższe i cieplejsze koce. Jeden z nich wykonano z wełny alpaki, ale żaden z nich nie grzeje jak ogień rozpalony w piecu Twojej kuchni. Unikam dżemów wyprodukowanych fabrycznie. Jadam jedynie te przygotowane w domowej kuchni. Śliwkowe z dodatkiem cynamonu zostawiam na dnie słoiczka z myślą o Tobie. Powtarzałaś, że pisanie to świetny sposób na poradzenie sobie z traumą i kiedyś zaczniesz pisać. Obecnie nie masz na to czasu. Nie będziesz mieć czasu. Tak uważam, ale jestem człowiekiem małej wiary.

Patynowa Pani Domu. Od kuchni

W piątkowy wieczór Twój image raczej rozmywa się z klasycznym wizerunkiem kogoś ubiegającego się o miejsce na okładce pisma przeznaczonego dla wymagającego czytelnika o odpowiednich zasobach materialnych. Postanawiasz w tym czasie nie przyjmować gości, zresztą kto po zajechanym tygodniu pracy chciałby Cię odwiedzić. Pewnie niewielu nawet zauważy, że rozpoczął się weekend. Wpadasz więc na pomysł, że oszczędzisz sobie jutro troski o żołądek i już dziś przygotujesz coś na wzmocnienie ciała i ducha. Wybór pada na krem z dyni ze względu na ogólną dostępność składników i stałą rezerwę przypraw niezbędnych do przygotowania sezonowego specjału.

Przynosisz z ganku Jej Pulchność Dynię z rodu Hokkaido („dobra na frytki, na zupę, zapiekana, zasmażana i duszona. Tylko pestek proszę nie jeść; są niesmaczne”). Jest lodowata. Po pierwsze trzeba ją pokroić. Rozpoczynasz dzielenie warzywa na części, co nie należy do łatwych czynności ze względu na jego kształt oraz specyfikę miąższu. Mocujesz się mimo to. Nie chcesz przecież umrzeć z głodu. Żyjesz w miejskiej dżungli, trzeba sobie radzić. Każdy nóż wydaje się zbyt tępym narzędziem, by rozprawić się z jedną niewinną dynią i podzielić ją najpierw na duże cząstki. Ostrzyż zatem nóż. Próbujesz kroić. Bach! Są cztery kawałki. Punkt dla Ciebie. Jeszcze raz wbijasz ostrze noża w kawał dyni. Bach! I czerwona ciecz zdobi deskę (do krojenia warzyw, aby było jasne). Usiłujesz zatamować krwotok. Nacięcie jest zbyt głębokie, by pomogła woda utleniona (gdzieś tu ją schowałaś, niemożliwe, że nie ma. Przecież ostatnio była) i zwykły plaster z opatrunkiem. Przerywasz kuchenne szaleństwo. Opatrujesz krwawiącą ranę. Znalazłaś dwa gaziki. Przykładasz. Słabo. Notatki i zapiski do bloga mają specjalne miejsce w Twoim królestwie. Pełnią rolę podnóżka skrzyżowanego z kamerdynerem. Myśli i motywy są zapisane wszędzie w trosce o słabą pamięć. Część z nich zostaje opryskana na czerwono. To nic takiego. Sporządzisz nowe notatki. Widocznie tamte pomysły nie były do wykorzystania. Wykonując mini akrobacje ucinasz potrzebną ilość plastra z opatrunkiem. Doraźnie pomogło. Nie da rady kontynuować prac z nieczynnym palcem wskazującym. Jutro też jest dzień. Dziś idziesz spać bez kolacji w ramach duchowej łączności z krajami Trzeciego Świata.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Kuracja

W końcu nadszedł ten dzień, w którym mimo wcześniej stosowanych środków zapobiegawczych obudziłaś się w potwornym bólem głowy, gardła i ogólnie całego ustroju. Najbardziej bolały Cię nerwy z powodu nieziemsko pięknego września. Dotarło do Ciebie, że przez jakiś czas nie będziesz się nim cieszyć z powodu niedyspozycyjności. Nie masz siły wstać z łóżka, a co dopiero mówić albo robić coś koncepcyjnego. Jedenaste. Nie będziesz narzekać. Robisz śniadanie i zastanawiasz się, jak poukładać swoje sprawy, by znaleźć czas na wizytę u lekarza. Telefonujesz do przychodni. Po kilku próbach udaje się nawiązać połączenie. Widocznie zostałaś uznana za przekonującą, skoro uprzejma recepcjonistka postanowiła Cię umieścić na liście rezerwowej instruując, o której przybyć, do kogo i co powiedzieć, by sprawa znalazła korzystny finał dla obu stron.

W gabinecie lekarza. Korzystasz z porad recepcjonistki. Może powinnaś zapisać się na kurs aktorski? Najwyraźniej oddychasz z ulgą po otrzymaniu recepty oraz zwolnienia. Udajesz się do apteki. Wśród tłumów pacjentów przemiła obsługa pyta dość głośno (w każdym razie mógł nie słyszeć tego jedynie ten, u kogo zdiagnozowano znaczny ubytek słuchu) „A lek przeciwgrzybiczy Pani wie, jak dawkować czy mam napisać”? „Proszę napisać”, odpowiadasz siląc się na uśmiech. Obecni pacjenci, a wśród nich sąsiadka spoglądają znacząco w moja stronę.

Zakład krawiecki mamy Ewki. „Bido, ledwo mówisz i patrzysz na oczy. Mam coś, co powinno Cię wzmocnić. Będziesz wieczorem w domu? Ewa Ci przyniesie. Tak dla kurażu”. Nie odmawiasz, nawet gdy wiesz, że przez jakiś czas nie skorzystasz z alternatywnej kuracji. „Jedz dużo czosnku i pij kefir”, dodaje na odchodnym.

Przeziębienie zwala Cię z nóg. Ostatkiem sił przygotowujesz inhalację z użyciem olejku eukaliptusowego. Mieszkanie wypełnia się aromatem przypominającym starego hipochondryka. Przeprowadzasz zabieg. Popołudnie przesypiasz. Budzi Cię telefon od Ewy:

-Stoję pod domem. Wyłączyłaś domofon. Kupiłam po drodze cytrusy. O tej porze roku smakują raczej obrzydliwie, ale dzięki nim szybciej Ci się polepszy. Pomyślałam, że nie będziesz mieć do tego głowy.

Ewka strzela jak z automatu, zwykle poprawia Tobie nastrój samą swoją obecnością. -Wejdź, Ewa. Akurat… Akurat wstałam.

-Przyniosłam coś na wzmocnienie. Od mojej mamy. Masz jeszcze konfitury i pomidory? Co tak… pachnie? Ewa stawia mnóstwo pytań.

-Czosnek. Najadłam się na zapas. Zaproponowałabym herbatę, ale uprzedzam, że możesz się zarazić.

-Gdzie tam? Najem się czosnku tak jak Ty i będziemy sobie śmierdziały. Jadłaś coś na obiad?

-Nie mam siły mówić, a co dopiero pitrasić.

-Może usmażymy naleśniki? Umieram z głodu.

-Jeśli masz ochotę. Składniki są w lodówce. Ja mam wolne. Choruję.

Całuchy-kluchy!

 

 

Patynowa Pani Domu. Urodziny

-Jak to nie wyprawiasz?! Ale z prezentem chyba mogę wpaść?

-Jasne, że możesz. Z prezentem czy bez niego. Zresztą Ty jesteś prezentem.

Tą konkluzją zakończyłaś przydługą jak na wolny wieczór konwersację. W tym roku miało być inaczej. Spokojnie, bez echa. Kameralnie. Może przy lampce wina. Do tego dobry film. Sałatka fit. Wszak w towarzystwie jesteś chyba jedyną osobą, która się nie odchudza ani nie trzyma diety ze względu na treningi siłowe czy żadne inne. Zatem postanowione. Bez amoku związanego z podejmowaniem gości.

W ciągu najbliższych dni otrzymujesz powiadomienia z grzecznym zapytaniem, co porabiasz w sobotnie popołudnie, bo miło byłoby wpaść z wizytą, spotkać się, niezobowiązująco oczywiście, ale jeśli nie chcesz, choć ostatnio tak rzadko gdzieś bywasz…  Może u Ciebie byłoby sympatyczniej? Tak, zapraszam. Będę w domu. Tylko uprzedzam, że nie mam niczego do jedzenia. Gdybyście mogli coś ze sobą przynieść…

Co to oznacza dla Ciebie? Będą goście i to całkiem sporo, jak na warunki lokalowe, którymi dysponujesz. Po pierwsze. Nie wpadaj w panikę. To nic, że jest bałagan. Ogarniesz go raz dwa. Nie masz środków chemicznych do czyszczenia? To je zakup. Nie, ekologiczne będą bardziej skuteczne i tańsze. Tych użyjesz. Zrób checklistę produktów spożywczych, które zostaną spożytkowane do przyrządzenia czegoś, co rozpieści podniebienia Twoich gości. Nie samą konwersacją człowiek żyje.

W aptece dwukrotnie tłumaczysz podejrzliwej farmaceutce, do czego posłużą Ci igły i strzykawki. Naprawdę po to, by dotrzeć do trudno dostępnych miejsc i je doczyścić. Wiem, jak to brzmi, myślisz widząc spojrzenie z ukosa pracownicy apteki. Dostajesz wspomniany towar. Jeszcze tylko piekarnia i warzywniak. W drodze powrotnej obładowana siatkami z zakupami spotkasz Ewkę. Padacie sobie w objęcia. Wiem, kochana, że miałam Ci podrzucić słoik z powidłami, ale nie miałam kiedy. Podejdziesz jutro do mamy, do zakładu (krawieckiego, przyp. PPD)? Będą tam na Ciebie czekały.

Jutro. Udajesz się do wspomnianego zakładu. Ilością dżemów od Ewki marzycielki mogłabyś nakarmić armię. Zmagając się z ciężarem słoików pokonujesz drogę powrotną. Mocno ograniczona przestrzeń w szafkach kuchennych sprawia, że część powideł ląduje w komórce u sąsiadki. Na wszelki wypadek życzysz bon appetit wszystkim potencjalnym smakoszom. Na urodzinową imprezę postanawiasz przygotować m. in. andruty przekładane gotową masą krówkową oraz powidłami. Pycha. Kruszysz orzechy. Andruty same się pokruszyły. Orzechów masz sporo, ale Twoi goście nie są wiewiórkami. Nie każdy lubi chrupać. Gdy masa zmieszana z orzechami i powidła czekają na rozsmarowanie, wyjmujesz andruty, które wyglądają jak produkty do samodzielnego złożenia ze szwedzkiego marketu. Tym razem z bólem serca rezygnujesz z piszingera. Stawiasz na pomysłowość zaproszonych gości. Wieczorem okazuje się, że na stole jest wszystko, o czym zamarzą wybredne podniebienia. Konsumenci świadomi Twojego wkładu w rozwój gospodarki żywnościowej, przybywają z własnymi wiktuałami. Czujesz się  bardzo szczęśliwą kobietą.

Plurimos annos, plurimos!

Patynowa Pani Domu. Okazje

-Zwolnił się pokój, o który Pani pytała. Czy jest Pani nadal nim zainteresowana?

-Tak, jestem.

-Właściwie można się meldować od zaraz. Dziś odwołano rezerwację. Kiedy by Pani przyjechała?

-Mmmm. Dzisiaj raczej nie. Może jutro.

-Dobrze, więc zrobimy rezerwację od jutra na Pani nazwisko. Na ile noclegów?

-Poproszę na trzy. Na początek. Zobaczymy, jak będzie.

-Zrobione. Do zobaczenia więc.

-Do zobaczenia.

Od samego rana (prawie południa) rewelacje. Wygląda na to, że wyjeżdżasz na urlop. Jeszcze nie wiadomo, czy wymarzony, ale masz nadzieję, że zasłuży na to miano. Póki co ogarnij się i sprawdź, czy masz wszystko, czego będziesz potrzebować w dziczy. Pomocne w tym przypadku bywają checklisty. Spis powszechny się do nich nie umywa. Wygląda na to, że niczego nie brakuje, a gdyby na miejscu przeznaczenia okazało się inaczej, to przecież jedziesz do cywilizowanego przysiółka, nawet jeśli znajduje się na końcu świata. Na zdziczałe obyczaje rzekomo wypoczywającej ludności nie masz zapobiegawczego środka, ale o tym przekonasz się później, gdy ogary pójdą w las, a Twoje pieczołowicie ciułane pieniądze trafią do kieszeni hosta.

Po długiej i wyczerpującej podróży docierasz na miejsce. Jak tu pięknie! Chyba nie mogłaś lepiej trafić. Nie mów hop, póki nie przeskoczysz, czytaj: nie poznasz innych lokatorów, a tych tutaj dostatek. Jest wieczór, więc tylko rozpakujesz się, wskoczysz pod prysznic… Zaparzysz herbatę… Wypoczniesz po podróży…

Opuszczasz pokój. Po drodze unikasz zderzenia czołowego z piszczącym dziewczęciem w wieku ok. 6 lat. W kuchni i przedpokoju unosi się aromat ryby z puszki. Niejednej, jak się okazuje. Amatorzy tego przysmaku volens nolens zafundowali pozostałym przymusową inhalację w oparach konserwy rybnej w oleju. Do tego zapach przypalonego tłuszczu, na którym były podgrzewane tanie wyroby garmażeryjne. Latorośle biegają pośród garnków, patelni oraz innego kuchennego doposażenia. Jedno domaga się frytek, inne w tej samej chwili pragnie sosu pomidorowego z dodatkiem glutaminianu monosodowego. Trzecie próbuje zmywać, wchodząc w już rozdeptane resztki spożywcze tego, co wcześniej spadło ze stołu. Rodzic natomiast walczy z otwarciem kolejnej puszki z rybną zawartością. Postanawiasz nie pożyczać mu swojego scyzoryka. Niech się pomęczy, skoro wybrał na posiłek trudno dostępne produkty zawierające pochodne niklu.

Czego się spodziewałaś po okazyjnej cenie? Chciałaś wypoczynku w dziczy, zatem otrzymałaś to, po co sięgnęłaś. I to z nawiązką. W dziczy i wśród dziczy.

Noc przyniesie ukojenie. Rozgwieżdżone niebo. Szumiący w oddali potok i drzewa kołyszące do snu. Usiłujesz zasnąć. Obudzona w środku nocy prawie siadasz na łóżku. Co jest grane?! Co to za dźwięki?! Dochodzą z sąsiedniego pokoju. Przypominają… odgłosy wydawane przez zwierzęta albo bestie. To tylko zły sen. Kładź się. Nie, to nie sen. Ponownie siadasz na łóżku. Odgłosy nie dość, że nie milkną, lecz jeszcze nasilają się. I tak do bladego świtu. Odkąd wyprowadziłaś się z centrum miasta nie używasz stoperów. Zresztą w tej sytuacji niewiele by pomogły. Wstajesz, aby przygotować herbatę. Trochę nocy upłynie, a do tego czasu chrapiący może przestaną chrapać. Na klatce schodowej półmrok. Nie świecisz światła, aby nie obudzić pozostałych mieszkańców. Drogę do kuchni znasz na pamięć. Wychodzisz z pokoju ubrana tylko w piżamę. W tej samej chwili z sąsiedniego pokoju wychodzi… niedźwiedź. Próbujesz go ominąć. Okazuje się, że on też do kuchni. Nie mógł zasnąć, łóżko za ciasne i gorąco mu. Tak powiedział. Siedzicie więc wspólnie w pomieszczeniu, które zdecydowanie wymaga wywietrzenia po wczorajszej kolacji. Otwierasz okno na oścież. Jeszcze chłodne powietrze muska Cię po twarzy. Dwie kolejne noce prędko miną. Kusturica w tym miejscu miałby co robić bez wyszukanych rekwizytów do scenografii. Kuchnia wygląda niczym z jego filmów przedstawiających w formie groteski życie w regionie nie tak dawno ogarniętym wojną.

Dobrze jest!

 

 

Bigos

-Odłóż ten telefon. Robimy listę zakupów.

-Magda jedzie nocnym pociągiem. Wspieram ją i piszę z nią. Bądź i Ty empatyczny.

-A Ty empatycznie pomóż mi stworzyć listę zakupów, skoro dotąd o niej zapomniałaś. Oczekujemy gości. Co robiłaś przez cały dzień?

-Przeglądałam książki kucharskie w poszukiwaniu czegoś na stół. Czegoś smacznego, prostego i niedrogiego jednocześnie.

-I co wymyśliłaś?

-Bigos.

-Bigos?! Na służbowej kolacji?! Wiesz, ile od niej może zależeć?! Mam objąć kierowanie laboratorium, a Ty chcesz podać bigos mojemu pryncypałowi, który przyjdzie do nas z żoną?!

-Tym bardziej nie rozumiem, co ma do tego bigos. Jeśli nie ufasz moim umiejętnościom…

-Nie zmieniaj tematu. Tu nie chodzi o bigos, tylko…

-Mój drogi, nie będzie miało znaczenia, co postawimy na stole. I tak najważniejsze w całej zabawie będzie to, jak skomplementujesz tyłek i nienaturalnie długie rzęsy żony dyrektora. Swoją drogą ciekawe, czy ona jeszcze zmieści się w drzwiach. Rośnie w oczach, a właściwie w biodrach.

-Przestań. Jutro z samego rana, zanim dzikie tłumy wypełzną na ulice, jedziemy do marketu. Co tam kupujemy?

-Do bigosu potrzebuję kapusty kiszonej i słodkiej, warzyw, suszonych śliwek…

-Kobieto! Zapomnij o bigosie. Podajmy im coś wyjątkowego, coś popisowego. Celowo zaprosiłem dyrektora do domu, żeby spokojnie porozmawiać. Zajmę się alkoholem, bo wiem, jaki preferuje, a Ty jego żoną tak, jak się umówiliśmy. Odłóż telefon wreszcie! Magda dojedzie do celu bez względu na to, co będziesz wypisywać.

-Nie gorączkuj się tak. Gdy byliśmy na wyścigach, żona Twojego szefa nie ruszyła niczego z budki ani z barku tłumacząc się dietami i stanem swojej cery. Poza tym jest zwolenniczką domowego jedzenia, tak powiedziała. A on dodał, że jego małżonka wyśmienicie gotuje. Jadłeś kiedyś coś przyrządzonego przez nią? Ja bym nie miała odwagi. Kiedy ona ma gotować i dla kogo? Całymi dniami biega do salonów piękności, uroda to rzecz gustu naturalnie, albo po galeriach wydając jego pieniądze i żrąc lody. Czy wiesz, że ona nie dostrzega różnicy pomiędzy nazwami: Monako i Maroko, a Ty chcesz ją podjąć niczym cesarzową?

-Ożeniłem się z najurodziwszą i najinteligentniejszą kobietą, jaką nosiła ziemia. Gdybym wiedział, że w zestawie otrzymam upór i determinację, poprosiłbym o egzemplarz bez gratisów.

-Dziękuję, mój dzielny, opanowany mężczyzno o przenikliwym umyśle. A ja otrzymałam w zestawie pragmatyzm, uporządkowanie i planowanie od ogółu do szczegółu. O seksownym mózgu tym razem nie wspomnę. Mogę przygotować przekąski i sałatkę.

-A o przygotowanie bigosu poprosilibyśmy… może Twoją mamę?

-Uwielbia Ciebie i Twoje poczucie humoru. Zawsze Cię lubiła. Zgodzi się nawet bez kwiatów.

-Kupimy jej składniki. Moja natomiast zajmie się… czym mogłaby się zająć?

-Niech coś upiecze, jeśli jej się chce.

-Przekonam ją.

-Do mnie też?

-Do Ciebie już się przekonuje.

-Mąż sklepowej tako rzekł.

-Nie sklepowej, tylko pracownika obsługi klienta w antykwariacie.

-Do usług.

 

 

Patynowa Pani Domu. Pietruszka

Niezastąpiona w kuchni oraz podczas kuracji gwarantujących powrót do zdrowia. Osoby chcące pozbyć się zbędnych kilogramów powinny koniecznie włączyć ją do jadłospisu. Bogate źródło witaminy C i żelaza. Nie traci swoich właściwości podczas obróbki cieplnej. Bohaterką dzisiejszego wpisu staje się Pani Pietruszka, a właściwie jej nać. Ale po kolei.

Wstałaś z łóżka jak zwykle prawą nogą. Podczas pożywnego śniadania, na które składały się resztki czerstwiejącego pieczywa z masłem i dżemem, sporządziłaś listę zakupów. Ba, szumnie powiedziane. Potrzebujesz tylko kilka sztuk warzyw i owoców, obowiązkowo sezonowych i lokalnych, pieczywo z dodatkiem orkiszu i… na tym koniec. Kupuj tylko tyle, ile zjesz w ciągu najbliższych dwóch dni, Ty i najbliżsi w Twoim otoczeniu, pamiętaj o złotej zasadzie konsumenckiego minimalisty. To nie hołd idei, ale Twoje możliwości finansowe sprawiają, że jesteś jej wyznawcą. Biegniesz do marketu. O tej porze powinny jeszcze być świeże i nieprzebrane. Jest środek tygodnia. Grilloluby budzą swoje instynkty ok. piątku, jak wykazują statystyki sprzedaży. Napełniasz kosz potrzebnymi produktami. Tylko jedna doniczka z pietruszką. Wygląda naprawdę okazale. Będzie stanowić ozdobę Twojej kuchni. Słyszysz głos obsługi „może weźmie Pani dwie, policzymy taniej. A już się kończą. Cena za nać pietruszki w tym roku jak za ośmiorniczki. „Skoro będzie mnie stać na zielone owoce morza, to chętnie. Poproszę”. Poczułaś się niczym VIP. „Tak właściwie to damy Pani trzy doniczki, jeśli Pani chce. Ta jedna taka bardziej licha, więc byłaby gratis, a za tamte obie policzymy”, obsługa świetnie wyszkolona w marketingu bezpośrednim negocjuje dalej. „Heh, jeśli ma się zmarnować… Biorę.” Odważna decyzja jak na kogoś mającego jeno dwie ręce oraz siatkę wielorazowego użytku.

Obładowana trzema doniczkami z zieleniną oraz siatką z zakupami warzywno-owocowymi wracasz do siebie. Jaki piękny, letni dzień! Ptaki śpiewają, słońce świeci, sąsiedzi uśmiechają się z nieudawaną serdecznością: „będzie co do rosołu wrzucać, co?”. Oj, tak, ripostuję, przez całą zimę”, chyba nakarmię tym armię <trawożerców>”. Stawiasz zakupy na blacie. przychodzi refleksja: co ja zrobię z taką ilością natki pietruszki? Niech się zastanowię. Część zamrożę, a część…

Reszta dnia upływa pod znakiem przetwarzania natki pietruszki i nadawaniu jej innego, pożądanego kształtu. Poszukujesz uniwersalnych receptur na potrawy z dodatkiem zielonego źródła zdrowia i witamin. Twoja kuchnia wzbogaca się o pietruszkowe pesto, umówmy się, że kombinacja rozmaitych składników typu orzechy, siemię lniane i drobno posiekana natka to pesto. Jest i sos np. do makaronu. To nic, jeśli tymczasowo brakuje makaronu. Ważne, że jest sos. Oddasz część do wspólnej lodówki. Naleśniki z warzywami. Tylko tym razem cienkie usmaż. Przez kilka kolejnych dni nie umrzesz z głodu, a przy okazji zrobiłaś zapasy na zimę.

Całuchy-kluchy!

 

Patynowa Pani Domu. Upały

Pojęcie wysokich temperatur dla każdego z Was może oznaczać coś innego. Dla Patynowej upały zaczynają się, gdy temperatura powietrza jest wyższa niż 22 stopnie Celsjusza. Dla niektórych skwar zaczyna się, gdy termometr wskazuje np. 35 kresek. Tak czy inaczej w obliczu wyzwania trzeba znaleźć sposoby, dzięki którym wysokie temperatury nie zdeterminują naszych działań i aktywności.

Po pierwsze znajdź czas, by odwiedzić ogród botaniczny lub arboretum. Pośród wysokich drzew na pewno zasmakujesz cienia. Rozsiądź się wygodnie na ławeczce i obserwuj ekosystem. Do torby spakuj wodę smakową i coś do czytania. Znajdź miejscówkę w pobliżu oczka wodnego. Łagodny szum wody wpłynie kojąco na Twoje skołatane serce i wyciszy emocje. Postaraj się spędzić cały dzień na spacerach i rozmyślaniach. Sporządzaj notatki. Zajmij czymś ręce i umysł, dzięki temu zapomnisz o upale.

Ogranicz gotowanie w mieszkaniu. Temperatura wewnątrz wzrośnie, gdy będziesz usiłowała przyrządzić coś do jedzenia. Wiem, że gotowanie to Twój słaby punkt, dlatego weź pod uwagę stołowanie się na zewnątrz. Wybierz sprawdzony lokal gastronomiczny. Wypytaj obsługę o menu. Reaguj z właściwą dla siebie naturalnością na skład potraw, np. jeśli nie trawisz kiszonej kapusty, wyraź to grymasem lub stosownym, choćby onomatopeicznym, komentarzem. Jeśli nie odpowiada Ci jadłospis w danym lokalu, odwiedź następny. Gdy w kolejnych będzie podobnie, zrezygnuj z jedzenia na mieście. W środku nocy, gdy temperatury nieco spadną, samodzielnie ugotuj warzywa i makaron. Zrób zapasy na kilka dni. W razie potrzeby sięgnij po wydzieloną porcję. Podgrzej ją na patelni. Unikniesz w ten sposób niepotrzebnego krzątania się po kuchni i zaoszczędzisz czas.

Temperaturę w mieszkaniu można obniżyć również poprzez rozwieszanie mokrego prania. Nastawiaj zatem pralkę tak często, jak się da i susz pranie w pomieszczeniach, w których długo przebywasz. Nie masz tylu brudnych ubrań? Nie szkodzi. Upierz więc firanki, ręczniki, prześcieradła lub co tylko można. Jeżeli i te są czyste, to nastaw program do płukania, a następnie rozwieś wypłukane rzeczy.

Gdy zawiodą powyższe sposoby, módl się o deszcz. Nie potrafisz? Skąd wiesz?! Spróbuj ponownie. Nie działa?! Podejmuj więc starania do skutku.

I pamiętaj: upały są jak czas. Mijają.

Całuchy-kluchy!