Młynek do pieprzu

-A ten gdzie odłożyć?

-Ten jest do wyrzucenia.

-Zatrzymam go, jeśli pozwolisz.

-Bierz. To klamot. Nawet nie wiem, czy działa.

-Dam mu drugie życie.

-Rdzewieje już.

-To nie rdza, tylko zabrudzenia. Zobaczysz, jeszcze będziesz jeść rosół ze świeżo zmielonym pieprzem z tego młynka.

-Rób, jak uważasz. Mnie jest niepotrzebny. Zamierzałam go wyrzucić.

I w ten sposób wiekowy, ręczny młynek do pieprzu trafił w moje, adopcyjne ręce. Poczyszczony, odrestaurowany przy pomocy tradycyjnych środków (stosowanych do impregnacji drewna m.in. na Podhalu, a jakże), czyli ciepłej wody, szarego mydła i szczotki ryżowej zaprezentował się znakomicie. Mam do niego ogromny sentyment tym bardziej, że często w dzieciństwie mieląc czarne kulki zawierające piperynę doskonaliłam manualne umiejętności. Gdy w szufladce znalazła się wystarczająca ilość czarnego proszku, wąchałam go, a potem kichałam mając z tego niesamowity ubaw. Potem wysypywałam zmielony pieprz do kubła ze śmieciami, a do skrzyneczki kładłam np. małe szyszki albo coś innego. Dźwięk wydobywający się spod mielonych żarn mnie uspokajał. Gdy bywałam w innych domach, nie spotkałam się z takim modelem młynka jak u nas. Tamte egzemplarze wygrywały inną melodię. Tylko nasz był dzięki temu wyjątkowy.

Obecnie młynek dumnie oczekuje na użytkowanie. W komorze z żarnami mienią się różnokolorowe kulki. Gościom o wysublimowanych oczekiwaniach kulinarnych pozwalam na wypróbowanie jego możliwości. Chętnym opowiadam historię z nim związaną. To on ma aż tyle lat. Sama nie wiem, kiedy to zleciało. Nieźle się trzyma. Ty też. Dzięki.

Walentynkowe menu

Gdy już podejmiesz decyzję, z kim spędzisz ten magiczny wieczór, oraz co na siebie włożysz, a raczej czego nie włożysz lub co zdejmiesz, pora zaplanować menu. Zakładam, że postanawiasz podjąć gościa wyśmienitą kolacją w domowym zaciszu. Stwórzcie więc prywatną listę afrodyzjaków z uwzględnieniem składników wywołujących alergię u każdej ze stron. Grunt, abyście wy, szaleńczo w sobie zakochani, nie oddziaływali na siebie alergicznie. Ale wracając do kulinarnych upodobań, poloneza (tudzież menueta) czas zacząć. Czekolada i banany już znajdują się na liście lektur obowiązkowych, ale będą na deser, jeżeli dotrwacie do tego etapu. Na zimną przystawkę proponuję brokułową sałatkę z pędami bambusa i orzechami włoskimi w sosie majonezowo-jogurtowym oraz nadziewaną tortillę. Pamiętajcie, by tym razem nie rozgotować brokułów, a pędy bambusa dobrze osączyć na sitku. Do przyrządzania menu zaproś bliską osobę. Nic tak nie pomaga tworzyć więzi (lub ich przecinać) jak wspólnota stołu. Jeśli kolacja ma być niespodzianką, to nikogo nie proś o pomoc. Przygotuj dania samodzielnie, ewentualnie wyłóż gotowe potrawy na półmiski. Następnie uciap w widocznym miejscu fartuszek kuchenny i T-shirt którymś z płynnych składników potraw. Gdy zaproszony gość nadejdzie, otwórz mu drzwi ubrana w zabrudzony strój i wytłumacz, że chciałaś jak najlepiej wszystko zorganizować, dlatego dopiero wyszłaś z kuchni i zaraz się przebierzesz. Zaproponuj coś do picia i w zależności od upodobań wstaw wodę lub nalej zimnej do szklanki. Gdy gość zaoferuje pomoc w nakrywaniu do stołu, nie wahaj się jej odrzucić. Ty w tym czasie idź do łazienki, aby się przebrać, ułóż włosy, spryskaj się delikatnie perfumami. Wyjdź rozpromieniona i nie zapomnij zachwycić się na widok pięknie nakrytego stolika, jeśli tylko będzie czym się zachwycić. To będzie wyjątkowy wieczór, z takim nastawieniem zasiądź do kolacji. O walentynkowych dekoracjach koniecznie w stylu boho-eko oraz anturażu będzie następnym razem.

Patynowa Pani Domu. La vida es un carnaval

Nie znasz nikogo, kto przynajmniej raz w życiu nie brał udziału w balu karnawałowym. Świadomie bądź nieświadomie szykował kreację oraz krok po kroku budował swój image na tę wyjątkową okazję. Niezbędnym jego elementem oprócz stosownego ubioru jest brokat, najlepiej w ogromnych ilościach na włosach, powiekach, odzieży, obuwiu i gdzie tylko jego amator sobie wymarzy. Podajesz w związku z tym prostą recepturę na jego przygotowanie. Stare bombki i szklane ozdoby choinkowe (rzecz prywatnych upodobań, co stanowi ozdobę, a co nie) owijamy w niepotrzebną ścierkę kuchenną. Weźmy młotek do ręki i wyobraźmy sobie, że jesteśmy jubilerami i bierzemy udział w tworzeniu wyjątkowego klejnotu. Następnie uderzajmy młotkiem w zawiniątko tak długo, aż poczujemy, że jego zawartość zmieniła się w drobny mak. Gdy odwiniemy ściereczkę, podejmijmy decyzję, czy jeszcze bardziej skruszyć bombki czy dać sobie spokój z produkcją brokatu.

Możesz dojść do wniosku, że błyskotki niezbyt ładnie prezentują się na Tobie, dlatego wyrzucamy do śmieci to, co wcześniej przygotowaliśmy. Najważniejszym elementem dobrej zabawy jest towarzystwo. Zaproś zatem do siebie tych, na których Tobie zależy (ewentualnie tych, którym zależy na Tobie) albo umów się z nimi w innym określonym miejscu, załóż taki strój, by było wygodnie i zatańczcie w rytm latynoskich szlagierów. Wtedy nawet w nieogrzewanej sali będzie Wam gorąco. Jeśli mimo licznych, nieszablonowych kuszących propozycji stwierdzisz, że wystawne bale albo spotkania w kameralnym gronie nie są dla Ciebie, zrób sobie prywatną imprezę. Glonojadowi wszystko jedno, jakiego koloru suknię włożysz, jaką muzykę włączysz albo co z tej okazji ugotujesz. Odgrzewana pizza u naczelnych świetnie sprawdza się w takich sytuacjach. Natomiast zbrojnik pospolity nie jest wybredny w jedzeniu i zwykle menu ma podane na tacy. Wystarczy, że opuści kryjówkę składającą się z akwariowych roślinek.

Całuchy-kluchy!

Notatki. Boże Narodzenie

Obecnie, gdy rodzinne więzi są zastępowane przez relacje ze znajomymi z pracy, z klubu sportowego, ze wspólnoty albo z przypadkowo poznanymi osobami w pubie, nie jest na topie pokazywanie tego, co w człowieku niezmienne. Mimo wszystko znalazłaś siłę i odwagę, by podjąć mozolne próby ujawnienia kawałka swojego wnętrza.

Trwa czas cudów. Chciałaś poszukać domu, w którym mogliby znaleźć miejsce wszyscy udręczeni i sponiewierani. Tymczasem zapraszasz do siebie. To najbardziej oryginalna forma spędzenia wolnego czasu, jaką mi zaproponowano. W ciągu niespełna dwóch dni wydarzyło się tyle dobrego, że trudno uwierzyć. Wierzę, że kiedyś potkamy się przy wspólnym stole, wszyscy bez wyjątku i będziemy się nieustannie śmiać z dróg, które pokonywaliśmy, by dotrzeć do celu. Nie będzie miało znaczenia, co znajdzie się w menu. Święta to nie czas, by licytować, kto ulepił więcej pierogów, kto ugotował smaczniejszy barszcz, kto i co położył pod drzewkiem choinkowym. A propos należymy do grona nielicznych, którzy nie ozdabiają jodły bombkami i nie pieką pierników.

Niech się dzieją cuda, małe i duże. Dostrzegajmy je każdego dnia. Wesołych świąt Bożego Narodzenia. Bądźmy szczęśliwi!

Patynowa Pani Domu. Bez paniki. To tylko święta

Jest dobrze. Masz co jeść i gdzie spać. Jutro będzie podobnie. Poza tym nad głową nie świszczą kule. Jest naprawdę dobrze. Jemioła nie zawisła nad stołem ani w żadnym miejscu, które oznaczyłaś jako własne. Paczuszki z upominkami stoją tam, gdzie zwykle. Nie zapominaj, że Ty też jesteś prezentem. Ty oraz inni, z którymi spotkasz się przy wspólnym stole podczas nadchodzących świąt. Wasza obecność, dar spotkania i dobrego słowa.

Zapasy jedzenia zrobisz w najbliższych dniach. Może wystarczy Ci na orzechy, bo o pieczonych kasztanach zapomnij. Przynajmniej na razie. Okna są nieumyte. O tym wiesz głównie Ty. Innym ta wiedza nie jest potrzebna. Uspokój się. Wystarczy, że wyniesiesz śmieci, pozmywasz naczynia, zbierzesz wyschnięte pranie i już Twoje autonomiczne imperium znajdzie się w anturażu nieco innym niż zwykle. Powiedzmy świątecznym.

Uroda jest dla Ciebie kwestią nadrzędną. Zwykle wyglądasz en vogue, dlatego w najbliższych dniach możesz skorzystać z odpoczynku od świetnego looku i pozwolić, by inni błyszczeli niczym gwiazdy na niebie. Pod warunkiem, że nie będzie londyńskiej mgły. To zjawisko pogodowe według niektórych charakteryzuje się niepospolitą urodą. Wiatr nie sieje, blask nie grzeje, jak mawiano w tradycyjnych domostwach, w których sprawa wychowania i manier była kwestią nadrzędną, stanowiącą o bogactwie panny na wydaniu. Dlatego ze swoją urodą pozostań w ukryciu. Przynajmniej w towarzystwie.

Jeśli nie lubisz ryb pod każdą postacią, to ich nie spożywaj (pod każdą postacią). Jeśli nie znosisz kapusty z grochem, to zostaw ją np. kurom. Może Ci coś opowiedzą po północy. Mogą Cię też zrobić w jajo. Jeśli picie czerwonego barszczu stanowi dla Ciebie formę kary, zaprzestań tego. Jeśli dania zawierające kiszoną kapustę nie należą do grupy przysmaków preferowanych przez Ciebie, nie nakładaj ich na talerz. I pamiętaj: święta są po to, by się nimi cieszyć. Bądź dobra dla innych i dla siebie albo taka, jaką chciałabyś być.

Całuchy-kluchy!

 

 

Patynowa Pani Domu. Nie

W odpowiedzi na namolne pytania zainteresowanych (a może tylko ciekawskich) o sposób spędzania świąt Bożego Narodzenia postanawiasz zamieścić kilka zdań na ten temat. Podejmujesz wyzwanie jak co roku: niechaj przedświąteczny amok przynajmniej Ciebie ominie. I każdego roku sytuacja się powtarza, tzn. są ponawiane pytania o to, gdzie i z kim przeżyjesz ten czas. Gdybyś miała do wyboru tańczenie salsy na wyspie jak wulkan gorącej, albo pojenie się naparem z jagody moroszki w krainie na czerwono ubranego staruszka z wielkim brzuchem, albo popijanie drinków z palemką z widokiem na zatokę, w której obok surferów pływają rekiny, z pewnością nadmieniłabyś o tym w rozmowach z coraz liczniejszymi interlokutorami. Na szczęście nie masz dylematu, co wybrać i jak się ubrać oraz czy dodatkowe klapki pod prysznic zmieszczą się w bagażu podręcznym. Oto antydekalog świętowania stworzony na potrzeby ciekawskich. Pozostałych (ewentualnych) zainteresowanych odsyłasz do poniższego tekstu. I tak podczas przedświątecznej gorączki:

  1. Nie upieczesz pierników, kruchych ciasteczek, orzeszków, muffinek oraz żadnych innych słodkości.
  2. Nie ubierzesz drzewka choinkowego ani nie przygotujesz świątecznych dekoracji.
  3. Nie przyrządzisz ryb pod żadną postacią (wszystkie ryby są fe!!!).
  4. Nie wybłyszczysz mieszkania.
  5. Nie wypucujesz zastawy stołowej.
  6. Nie przystroisz gospodarstwa gałązkami jemioły.
  7. Nie wybierzesz się na mega zakupy do galerii handlowej, aby poczuć drenaż portfela.
  8. Nie wpadniesz w panikę z powodu braku nowych ubrań na okazje spotkań przy rodzinnym stole.
  9. Nie przyjdzie Ci do głowy pomysł podania obiadu składającego się z trzech dań z przystawkami.
  10. Nie będziesz robić niczego, na co najzupełniej nie masz ochoty.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Owoc granatu

-Gdzie najszybciej dostanę owoc granatu?

-Na Rogatkach.

-Podjechałabyś ze mną na Rogatki?

-Tak, tylko wskoczę w coś bardziej wyjściowego.

Uzależnienie od zakupów czy zachcianki? Nie snuj przypuszczeń, tylko bądź gotowa do drogi w ciągu kilku minut.

Zanim się zorientowałaś, znalazłaś się na placu przed marketem. Nie stawiałaś pytań, bo sprawa wyglądała na poważną, gdy otrzymałaś alarmujące połączenie. W pierwszej chwili pomyślałaś, że to kwestia życia lub (na pewno) zdrowia, zatem pojechałaś do sklepu jako ekspert od owoców granatu. To, że najchętniej cisnęłabyś granatem, niekoniecznie tym z sokiem, to osobna rzecz. Dzielnie przemierzasz sklepowe aleje w poszukiwaniu pożądanego owocu. Jest! Jest i drugi! Kolejny! Każdy następny wydaje się być lepszym od poprzedniego. Wybieracie Waszym zdaniem najokazalszego. Będzie się pięknie prezentować na cieście lub babeczkach (mufinkach, czy mafinkach, czy jak je tam zwą). Zjem każdą, która będzie tego warta bez względu na zastosowaną metaforę i złożoność nomenklatury. A co do tego? Nic, pozostałe składniki są przygotowane. Na wypadek powodzi, trzęsienia ziemi albo innego kataklizmu wybieracie jeszcze jeden okaz. Ale ja nie mam odpowiedniej tortownicy. Nie mogłabyś upiec w ceramicznej formie w kształcie prostokąta? Lepiej trzymać się tego, co podaje przepis. Ty wykonujesz, Ty decydujesz. Trwają poszukiwania odpowiedniego naczynia. Na Rogatkach nie ma, więc udajecie się na przeciwległy koniec miasta. Może blaszka nie wygląda jak na reklamie, ale pewnie się nada. Ma przecież odpowiednie wymiary. Bierzecie. Płacicie. Wychodzicie.

Wracasz myślami do dziupli. To będzie nastrojowy wieczór, myślisz. Rozpylisz olejek. Lawendowy? Pomarańczowy? Może je nawet zmieszasz. Już witasz się z gąską, choć do św. Marcina daleko, gdy słyszysz: pomogłabyś mi zrobić ciasto? Zanim Twój najseksowniejszy organ zgromadził i przetworzył treść zasłyszanej informacji, Twoje usta i gardło wypowiedziały sakramentalne „tak”. Nie wracasz do dziupli. Przynajmniej nie od razu po zakupach.

Podziel owoc granatu na cząstki i wyskub pestki. Polecenie jak z karabinka. Wykonano. Przygotuj szpinak. Słucham?! Szpinak do blendera wrzuć i zmiel, ja ubiję jajka i przesieję mąkę. Matko, nie tak drobno. To nie na koktajl. Ile go dałaś?! Wszystek?! I co ja teraz zrobię? Szpinak wrzucisz na patelnię, zapultasz z jajkiem, śmietaną i czosnkiem, a potem zjesz jako pożywną kolację. Nie znosisz szpinaku? To dlaczego robisz ciasto z jego dodatkiem? Chodzi o barwę, a nie o smak. Dobrze, to ja zjem szpinak z czosnkiem, a Ty zrobisz ciasto w kolorze innym niż zielony. Coś nie tak ze śmietaną. Krem nie chce zgęstnieć, a jeszcze żelatyny nie dodałam. Co to za śmietana? 18%. Kremówka miała być. To nic. Zrobisz ciasto bez kremu. Takie gołe będzie? Saute, koleżanko. Minimalizm jest trendy. Pestki granatu zjemy jako pokolacyjny deser. Podobno świetnie wpływają na poprawę stanu cery i paznokci.

Całuchy-kluchy!

One. Rocznica

Po przebudzeniu nie spojrzała od razu na zegarek, jak miała w zwyczaju. Postanowiła zostać w łóżku. W końcu to dzień wolny od pracy, przynajmniej tej, za którą otrzymuje wynagrodzenie. Słyszała dziecięce głosy wydobywające się z korytarza oraz matkę po raz kolejny strofującą pociechy. Następnie był trzask zamykanych drzwi oraz odgłos przekręcanego klucza. Co się dzieje? Co tak pachnie? Jak tu ciepło. Sygnał SMSa. Odstawię dzieciaki na cały dzień do Lufcika. Mamy dla siebie sobotę, przynajmniej do 17.00. Ok, niczego mi wcześniej nie powiedziała. Dzwonię. Wszystko jasne. Zwłaszcza niespodzianki w jej stylu.

-Jak się dziś czujesz? Dasz radę wyjść z wyra i wziąć prysznic? Zostawiłam ciasto w piekarniku. Marchewkowe. Z orzechami. Powinnam wrócić, zanim dojdzie. Na wszelki wypadek czuwaj.

Postanowiła czuwać. Opuściła łóżko. Po wczorajszej gorączce nie było śladu. Napar z kwiatu lipy oraz herbata z dodatkiem soku z malin zaliczyły dobrą robotę. Ech, te naturalne sposoby. Weszła pod prysznic. Śpiewała na całe gardło. Piosenkę. Ich piosenkę. Nie słyszała, jak otwierają się drzwi do mieszkania. Wyszła z łazienki owinięta w ręcznik nie przerywając wykonywania piosenki. Pisk.

-Śmiało, nagrywam Cię.

-Jak możesz?

-Mogę. Wiesz, jaki dziś dzień?

-Sobota.

-Nie dzień tygodnia, tylko jaki dziś szczególny dzień.

-Yyy… mamy listopad, sobotę.

-Też. Ale co się kiedyś wydarzyło?

-Oświeć mnie.

-Poznałyśmy się. Wtedy na dziedzińcu. I wymieniłyśmy telefonami. Siedziałaś wściekła i powiedziałaś, abym się od… abym sobie poszła. A ja powiedziałam, że jesteś bezczelna i nieszczęśliwa, skoro nowo poznanej osobie mówisz takie rzeczy. I dobrze, że nie dla Ciebie zabrakło biletu.

-Padało. Było zimno. Żadna z nas nie dostała biletów w kasie. Ty zachowałaś spokój, ja wręcz odwrotnie. Do końca miałyśmy nadzieję, że je odkupimy. To był pierwszy koncert w Polsce. Na bilet przeznaczyłam swoje stypendium. Ty w efekcie go dostałaś Załatwiłaś sobie od koników. Ze mną nikt nie chciał rozmawiać.

-Nic dziwnego. Zobaczyli scenę, którą zrobiłaś, i uciekli. Nie poszłam na koncert. Wiedziałam już wtedy o chorobie. Odechciało mi się wyjazdów, rozrywki, życia. Zadzwoniłam do Ciebie chcąc odsprzedać bilet. Wyjaśniłaś, że sprawa jest nieaktualna, bo straciłaś pracę i nie miałaś czym zapłacić. Tak więc odstąpiłam Ci bilet. Powiedziałam Ci o chorobie oraz objawach jej towarzyszących. Zaproponowałaś, że będziesz się mną opiekować przez dwa tygodnie, aby spłacić prezent.

-Początkowo nie chciałaś się zgodzić.

-Ale w końcu się zgodziłam. Karmiłaś mnie tartą marchewką z cynamonem. To na wzmocnienie, tłumaczyłaś. Obiecałam sobie, że gdy mi się poprawi, to nie tknę marchewki, a ty mi ją nieustannie serwowałaś. Duszoną. Gotowaną. Na surowo. W cieście.

-Ciasto!

-Co z nim?

-Będzie dobrze. Uchyliłam drzwiczki piekarnika. Wiesz, jak długo się znamy?

-Dłużej niż trwa Twoje małżeństwo.

Patynowa Pani Domu. Świąteczny klimat

Pora zrobić zapasy. Dziupla świeci pustką. Wybiorę się na zakupy z rana, myślisz, może będzie mniej ludzi. Dotrzymujesz danego sobie słowa i w sobotę przed południem jesteś w centrum handlowym. Dawno tam nie byłaś. Dawno, czyli od początku września, gdy jeszcze trwała końcówka wyprzedaży. Kupiłaś wtedy mydelniczkę. W dłoni trzymasz listę niezbędników na czas wojny i pokoju. O stanie zawieszenia broni jeszcze nikt nie wspomniał. Najpierw stoisko z warzywami, a przy nim tylko jedna para. Ona w wieku postbalzakowskim, on w podobnym. Oboje noszą okulary. Ogólnie niezbyt urodziwi i raczej nierzucający się w oczy, chyba że ktoś postanowi napisać o nich np. na blogu. Pójdzie zatem szybko i gładko. Nie tym razem. Przy okazji wysłuchujesz, co planują zrobić na obiad. Tonem żółwia wymieniają same paskudztwa. Ona: może fasolową. Z chudą śmietanką. On: czy Twój brzuszek to wytrzyma? Ona: nie wiem. On: może kapuśniaczek. Na żeberkach. Kapustki kupimy. Ukiszonej. Ugotujemy na dwa dni. Kapuśniaczek – obrzydlaczek, rzucasz w myślach. Nie słyszysz odpowiedzi, bo z nadmiaru słodkości uchodzących z ust klientów robi Ci się niedobrze. Idziesz więc na pasaż i miotasz się pomiędzy regałami nie wierząc własnym oczom. Już są!!! Stoją w równym rządku i uśmiechają się do Ciebie ze sklepowych półek. Mikołaje i inne krasnale z czekoladopodobnej miazgi. Bożonarodzeniowe ciastka, włoskie babki z rodzynkami, czekolady z motywem bałwanów, ozdoby z lukru na choinkowe drzewko, marcepanowe stożki, pierniczki, drobniutkie cukierkowe figurki na świąteczne babeczki. Wrzucasz kilka paczek słodyczy do koszyka. Zgodnie z prawem przyciągania oraz zasadami pozytywnego myślenia, serwowanymi raz po raz przez osoby mianujące się trenerami rozwoju, możesz mieć, co tylko zechcesz pod warunkiem, że przyciągniesz to myśleniem (a to ciekawostka). W takim razie chcę, by święta Bożego Narodzenia były w październiku. Kto nie wierzy, że się uda, niechaj uda się do pobliskiej galerii handlowej.

Nie inaczej sytuacja wygląda na stoisku z wyposażeniem wnętrz. Produkty zawierające świąteczne elementy wypierają inne. Pytasz obsługę o zapachy do mieszkań, z motywem jesiennym oczywiście. Są, odpowiada przemiła ekspedientka. Trwa pora dnia, gdy jeszcze ma siły i ochotę się uśmiechać. Ale proponowałabym Pani skorzystanie z oferty świątecznej. Mamy nową kolekcję. Ładnie schodzi. Zapach marcepanu, goździków, pomarańczy. Goździki masz w słoiku, podobnie jak wanilię i skórkę pomarańczy. Dziękujesz i wychodzisz. Nawet nie spoglądasz na poduszki z nadrukiem renifera tudzież łosia ani na zestaw kubków i talerzyków z podobizną tychże zwierząt.

Wracasz z pełną siatką zakupów. Jest w niej to, co zwykle. plus świąteczne ciasteczka. Zostaną schrupane do popołudniowej kawy. Gdy znajdujesz się w znajomej okolicy, w nozdrza uderza Cię zapach palonych liści (śpijcie spokojnie, śliczniusie jeżyki; mam nadzieję, że nie będziecie długo cierpieć) i czegoś, co wydobywa się z kominów lokatorów. Chciałaś poczuć jesień i czujesz jesień. Prawo przyciągania działa w praktyce. W drodze powrotnej zachciało Ci się świątecznych pierogów z kapustą i grzybami. Dwie godziny później telefon z informacją: pierogi jadą.

Całuchy-kluchy!

Patynowa Pani Domu. Obiad w rodzinnym gronie

Nie znosisz hasła „dawno się nie widzieliśmy”, szczególnie w wykonaniu niby lubianego członka rodziny, który generuje odzew „może wpadłabyś do nas, np. w niedzielę”. O tym wiedziałaś już od lat, ale po mijającym dniu Twoja wiedza została dodatkowo usystematyzowana. „Dlaczego nie. Brzmi zachęcająco” (znowu ta kurtuazja). Chętnie odwiedzę Was w niedzielę”. „To super. Może na obiad. Moja ugotuje coś dobrego, a Tobie przyda się kilka dodatkowych kalorii. Będą jeszcze inne osoby”. „Jasne. Może mogłabym Wam jakoś pomóc? Coś przynieść, np. deser”? Co i kogo obchodzą moje kalorie. Nie liczę ich, podobnie jak lat i pieniędzy. „Nie trzeba. Nie będziesz pałować się z pieczeniem i wożeniem tego po pociągach”. Kto powiedział, że będę piec?

Tak czy inaczej nadchodzi dzień upragniony przez innych. Nie zastanawiasz się, co na siebie włożyć. We wszystkim wyglądasz jak sto milionów euro (przeznaczonych na cel charytatywny). Zostałaś hojnie obdarzona przez naturę. Jak mawiała słynna projektantka „stylu i klasy za pieniądze nie kupisz”. Masz styl, właściwie różne, a klas ukończyłaś kilka (naście). Sukienka z secondhandu w kolorze butelkowej zieleni robi wrażenie. Od kilku lat zakładasz ją głównie na spotkania w rodzinnym gronie, by przekazać zaproszonym gościom, że w Twoim wieku najlepszą ozdobą jest miłość (niczym do słów piosenki z tańcem w tytule: „gdy trzymasz mnie za rękę, to nawet w starej ładnie mi sukience”) oraz kropelka perfum nr itp. itd. Gdy mózg, najbardziej seksowny organ, w naszym ciele, jest dodatkowo ładnie opakowany, masz wygraną w kieszeni. Co byś zrobiła z takimi pieniędzmi, to już inna sprawa. Na szczęście nie masz tego dylematu.

Docierasz na miejsce. Ze stacji jesteś odwożona pod wskazany adres. Dom tradycyjnie nowobogacki. Jedna z licznych kopii, często proponowanych przez znudzonych architektów, przedmiotowo podchodzących do klientów charakteryzujących się niewysublimowanym smakiem na piękno, harmonię i estetykę. Gospodyni wita Cię szerokim uśmiechem. Poprawia włosy niby przypadkiem informując, że dopiero wczoraj zaliczyła wizytę u fryzjera i „jeszcze nie nabrały ostatecznego kształtu, bo za dużo lakieru nałożył”. Grunt, że Twoja figura go nabrała, a Twój naiwny mąż dał się nabrać na Twoje potencjalne zalety. Gdybym miała twarz taką jak Ty, też starałabym się odwrócić od niej uwagę coraz nowszymi koafiurami.

Przy stole zachowujesz powściągliwe spojrzenie. Nie odzywasz się niepytana. Grzecznie chwalisz pieczeń przygotowaną przez gospodynię. Gdyby nie miała innych, licznych talentów, nie musiałaby zabiegać o uznanie w taki sposób. „Doskonały sos” wymyka Ci się, choć wiesz, że zbyt tłusty jak na Twój francuski żołądek. Z ulgą podnosisz do ust owoce. Pijesz kawę i zagryzasz pieczołowicie przygotowanym ciastem. Tylko malusi kawałek. Tyle, ile wymaga grzeczność. Dobrze wiedziała, że nie preferujesz ciast z kremami, przetykanych ogromną ilością spożywczych trucizn. Wyjątek stanowią torty, wytwory rąk i wyobraźni mamy D. To nic, że jest sezon na szarlotkę i szara reneta zdałaby egzamin celująco. Ciasto przygotowane przez gospodynię stanowi idealny obraz jej samej oraz mieszkania, które urządzała podobno z tak ogromnym trudem. „Na te meble czekaliśmy kilka miesięcy. Projektant się nie wyrobił”. Jaki projektant? Jesteś skłonna wskazać palcem, kto je wyprodukował i zmontował. Pieniądze rodziców topniały w zastraszającym tempie, dlatego realizacja zamówienia była rozłożona w czasie. „A te dodatki wyszperałam na …”. Słabo szperałaś. Są niedobrane i stanowią wyraz kompletnego bezguścia. Gospodyni mogłaby się bardziej zatroszczyć o komfort gości, bo w domu zimno. Na szczęście zabrałaś ze sobą chustę, którą otulasz się jak kocem. Pora na Ciebie. Nie chcesz chyba wracać ostatnim pociągiem. Składasz podziękowania za gościnę. Gdy na stacji trzymasz w dłoni bilet powrotny, wyraźnie oddychasz z ulgą.

Całuchy-kluchy!