Oni. Kisiel morelowy

-To była pierwsza potrawa, którą nauczyłam się robić w dzieciństwie. Mama zbyt wyczerpana obowiązkami domowymi, sprawowaniem opieki nad dziećmi i pracą w gospodarstwie nie miała siły, by wieczorami go robić, a ja uwielbiałam kisiel o smaku morelowym. Na naturalnym soku. Chciałam go jeść prawie codziennie. Któregoś wieczoru mama nie wytrzymała i powiedziała, że jestem już duża i od dziś mam się nauczyć, jak go samodzielnie przyrządzać, więc się nauczyłam. Obecnie jest w sprzedaży w tubkach, ale ja i tak wolę sama go robić. Mieliśmy gospodarstwo. Sad. Drzewka morelowe. Ciasto, które Pani je, zawiera morele z naszego sadu. Cieszę się, że smakuje. Właściwie już nie uprawiamy owoców. Oddaliśmy sad w dzierżawę, gdy rodzice przestali dawać radę. Brat prowadzi ten lokal. Przejął po mamie. Próbowała Pani kompotu? Brat osobiście nadzoruje receptury. Nie zmienił pracowników kuchni od lat. Drugie pokolenie kucharzy dla nas pracuje. Tutaj na kolonii znamy się wszyscy. Doleję Pani. Ja mam problem, jak pewnie Pani zauważyła. Dlatego nie mogę prowadzić tego biznesu. Teraz jestem na przepustce. Trochę im pomagam, ale bardziej interesuje mnie, kto tu bywa. Cieszę się, że mogłam Panią poznać.

-Ogromnie mi miło. W ofercie nie ma kisielu o smaku morelowym, a tak chętnie bym skosztowała.

-Wiem, kim z zawodu Pani jest i że jest Pani przejazdem. Podoba się tu Pani. Różni ludzie tu zaglądają. A ja postanowiłam sobie, że wyjadę stąd do A., zostanę malarką i będę prowadzić własną galerię. Ale, jak Pani widzi, czasami trzeba odłożyć marzenia na bok. Kolejna terapia. Kolejni specjaliści. Kolejne turnusy. I na razie nie ma poprawy. Widzę, że Pani już prawie gotowa do wyjścia. Zaczeka Pani jeszcze chwilkę? Coś mam dla Pani. Szkic powstał dziś w nocy. Skutki uboczne mojej choroby to bezsenność. Ale nie tracę czasu. Jakąś ramkę ma Pani do tego? Zaraz… Jeszcze dedykacja…

Notatki. Święta po naszemu

Od lat można zaobserwować stopniowe wydłużanie się czasu oczekiwania na święta Bożego Narodzenia, które charakteryzują się między innymi tym, że przypadają w stałe dni roku. Pierwsze życzenia radosnego przeżywania Gwiazdki otrzymałam w okolicy połowy października, zatem w czasie, gdy niektórzy jeszcze nie powrócili z letniego urlopowania. I tak już w październiku na witryny sklepowe trafiły rozmaite ilości czekoladopodobnych wyrobów w złotkach, pierników w różnych smakach, udekorowanych w gwiaździste symbole, otyłych, plastikowych dziadków w czerwonych paltach tudzież ich inflacyjnej wersji – po diecie keto, z sześciopakiem (nie zawsze na ciele). Co my świętujemy? Chciałoby się zapytać coraz głośniej i wyraźniej. I kiedy?

-Jestem znudzona czekaniem na święta. Najadłam się korzennych ciastek, udekorowałam dom miesiąc temu. Część dekorów została rozwalona przez kota, który lubi się nimi bawić. Prezenty dla rodzinki leżą w szafie, dostarczone i zapakowane przez znaną firmę. Potrawy zamówiłam z odpowiednim wyprzedzeniem.

-A gdybym Ci powiedziała, że można czekać na coś inaczej, pełniej?

-Nudy.

-Wojna o życie karpi to nie wszystko. Wyjedź gdzieś, odpocznij.

-Irytuje mnie dźwięk Twojej bransoletki, gdy piszesz, a jej elementy ślizgają się po klawiaturze.

-Nie słuchaj. Odpraw… Co tam za rytuały odprawiasz?

-I tak w to nie wierzysz.

-Nie przyniosły spodziewanej poprawy, co?

-Widocznie nie skupiłam się zbyt mocno na oddechu.

-Może byś gdzieś wyszła zamiast narzekać? Dotlenisz się. Wrócisz z otwartą, odświeżoną głową.

-Dlaczego nie chcesz dekorować mieszkania ani piec pierników? Dlaczego jesteś taka uparta? I tak co roku.

-Zbędne atrakcje. Pierniki kupuję i jem przez okrąglutki rok. W różnych smakach. W mieszkaniu utrzymuję porządek niezależnie od świąt.

-Nie chcesz zmiany? Takiej trwałej. Radykalnej.

-Nie.

-Może wpadniesz do nas w pierwszy dzień świąt? Wiem, co powiesz. To, co każdego roku.

-Dziękuję, nie.

-Co będziesz robić?

-Wspominać.

Frytki z batatów

-Pani jest taka pełna życia i ma piękną cerę. Jaki jest sekret utrzymania jej w tak dobrej kondycji? Jeśli to nie tajemnica oczywiście.

-Częstuję ludzi uśmiechem. Oprócz frytek, ale nimi zarabiam na życie. Podać Pani sól?

-Nie, dziękuję. Od razu Panią zauważyłam. Ma Pani fantastyczne podejście do dzieciaków. Ale na tym chyba nie da rady zarobić tym bardziej, że cena porcji dla nich jest inna niż ta oficjalnie podana.

Ruch przy budce wzmaga się, więc rozmowa jest przerywana. Ale mimo to właścicielka nie przestaje się uśmiechać do klientów dla każdego mając ciepłe słowo.

-Jest Pani bardzo spostrzegawczą osobą w takim razie. Kiedyś pracowałam w szkole. Napatrzyłam się na to, jak dzieciaki boksują się z życiem.

-I co sprawiło, że po części zmieniła Pani profesję?

-Sporo przeszłam. Nie godziłam się na zmiany. W międzyczasie przebrnęłam przez ciężki rozwód. Zostałam z niczym. Bez mieszkania. Nie miałam się gdzie podziać. Wtedy poznałam B. Gdzieś tu się kręci. Robi obchód okolicy. Jutro wyruszamy bardziej na północ.

-Też na kiermasz tego typu?

-Tak, połączony z nadaniem imienia jakiemuś ośrodkowi.

-Taki kawał świata Państwo zjeżdżą. Można przy okazji poznawać ciekawych ludzi.

-Głównie bezdomnych. Takich jak my. Nie wiem, na ile jest Pani zorientowana w temacie tzw. wykluczonych.

-Coś tam wiem, ale to nieuporządkowana wiedza i raczej nienabyta na drodze osobistej praktyki.

-W Polsce żyje cała masa ludzi, którzy nie mają się gdzie podziać. Wędrują z dobytkiem na plecach lub w rękach. Widzę w nich siebie sprzed lat.

-Duży ruch u Pani.

-Nie zawsze tak było. Konkurencja nie śpi. Podatki nas zjadają.

-Frytki smakują wybornie. Pomysł oryginalny. Posiłki spod znaku eko na kółkach.

-Cieszę się, że Pani tak mówi. Od wczoraj widzę, jak Pani krąży po polu, ale stołuje się chyba głównie u nas. Mam rację?

-Tak i dlatego mam odwagę zapytać o czas sprzed ciężarówki.

-Chciałam być zawodowym kierowcą, dlatego złożyłam podanie do technikum w czasach, gdy dziewczyn raczej nie przyjmowano do tego typu szkół. Wraz z dwiema koleżankami byłyśmy pionierkami.

-Świetnie. Warto przełamywać schematy. Iść pod prąd. Pokazać, że można.

-Byłam… Jestem autsajderem. Pani też nim jest. Widzę to w Pani oczach. Taka wilczyca stepowa.

-Coś tłoczno na tym stepie się robi.

Oni. Miasteczka

-Nie zmarzła Pani?

-Nie.

-W nocy nie było prądu przez jakiś czas. Ani ciepłej wody. Ogrzewanie nie działało.

-Nie odczułam.

-Nie było komu usunąć awarii. Dopiero nad ranem zabrali się za to.

-Brakuje rąk do pracy.

-Owszem. To miasteczko wymiera. Pewnie Pani zauważyła?

-Tak, przyjeżdżam tu od lat i jest coraz trudniej znaleźć choćby dobrą knajpkę. Ludzie udają przedsiębiorców myśląc, że potrafią prowadzić biznes gastronomiczny serwując głęboko mrożone frytki z piekarnika z mieszanką surówek z wiaderek. Dobrej kawy też nie uświadczysz.

-Może Pani jeść tutaj. Dwa razy w tygodniu przychodzi pomoc do sprzątania. Smacznie gotuje. Osobno dla nas dwojga, osobno dla żony. Mnie wystarczy na dwa dni. Dzisiaj też będzie. Chyba że Panią odstrasza łóżko żony i samochód z hospicjum.

-Nie odstrasza. Dziękuję za propozycję. Pewnie skorzystam.

-Póki żona żyje, ciągnę ten interes. Nie chcę, aby myślała, że pozbywam się go, bo ona już nie wyjdzie z choroby. Ale tylko pojedynczym osobom wynajmujemy. Pani na urlopie?

-Tak, wysyłają nas na siłę, bo przestój w zakładzie.

-Tutaj młodzi nie mają po co być. Wyjechali na zachód. Tu brak perspektyw. Kiedyś były imprezy, festiwale. Zjeżdżali turyści. Na camping, na koncerty. Było wesoło. Kolorowo. Całe noce śpiewaliśmy i graliśmy z młodymi. Rozkładali namioty u nas w ogrodzie. Latem i wiosną. Miasteczko żyło. Teraz się rozłożyło jak żona w chorobie. Gdy raz córka przyjechała i zobaczyła samochód z hospicjum na podjeździe, o mało mnie nie zabiła.

Patynowa Pani Domu. Święta tuż, tuż…

Pierniczki, drzewka choinkowe, prezenciki, buciki, paszteciki, dekoracje. Powstaje lista spraw do załatwienia. Każdego roku skraca się zamiast wydłużać. Każdego roku postanawiasz, że tym razem… nie stworzysz żadnej listy. Święta Bożego Narodzenia i przygotowania do nich przejdziesz na spontana w trosce o domowy budżet i własny komfort psychiczny. Lista prezentów. Bon na fitness. Z myślą o kimś, kto ma wywalone na zbędne kilogramy i od urodzenia nie stosował żadnej diety cud-miód i orzeszki. Bon do podologa. Pardon, do pedikiurzystki. Z myślą o kimś, komu stale zimno i nawet w środku upalnego lata chodzi w grubych skarpetkach, a stópki ma wypieszczone niczym dupson noworodka. Bon na kosmetyki. Z myślą o kimś, kto na skutek pandemii wpadł w panikę i zrobił zapasy wszystkiego, co pachnie, pielęgnuje, ściera, usuwa, nawilża, koloruje, wyrównuje kontury. Bon na kolejną parę martensów. Tego w tym roku nie będzie. Kalendarzowym. Na wszelki wypadek nabywasz jako asa w rękawie, a raczej w skarpetce. Najwyżej posłuży Tobie. Kiedyś tam. Jedni myślą o nowych regałach na książki, a Ty o półkach na martensy.

Tradycyjnie pierniczki nieupieczone. Dobra nasza. Drzewko choinkowe nieubrane. W roli stojaka na prezenty jak co roku wystąpią rozmaite rośliny doniczkowe. Saute oczywiście. Kuchnia! Stop! Pomyślisz o tym innym razem. Dziś nie masz w zapasie nawet czekolady, tzn. masz rozpuszczalną, ale w proszku. Nie ma do niej mleka ani śmietanki. Jest miód. Są i orzechy. Jesteś szczęśliwa.

Jest śnieg. Pierwszy raz od lat spadł o tej porze. Jesteś bardzo szczęśliwa. Wychodzisz na spacer. W wielu domach trwają przygotowania do obiadu. Obok zwyczajowego narzędzia uderzającego w rozbijane mięso słychać dźwięki christmasowej muzyki. Dzwoneczki dzwonią z głośników. A Ty wędrujesz w poszukiwaniu mężczyzny z czerwieni, który zdaniem mniej tradycyjnych przeszedł na dietę keto, zaczął trenować crossfit, założył konto na portalu społecznościowym i teraz zupełnie inaczej wygląda.

Oni. Zmiany

-Chciałabym wynająć pokój na dłużej niż na kilka dób. Jak wtedy by Pani policzyła?

-Dogadamy się. Może Pani zostać, ale uprzedzam, że ogrzewanie jeszcze jest nieczynne w tej części domu. Dopiero próbujemy je uruchomić. Panowie od dwóch godzin próbują, stąd ten hałas.

-Nie przeszkadza mi.

-Niech Pani zostawi bagaże, o, tutaj. To może trochę potrwać. Zrobić Pani śniadanie kawę? O tej porze i tak niczego Pani nie dostanie.

-Tak, poproszę.

-Idę do sąsiadki po ser, jabłka i jajka. Wziąć dla Pani?

-Tak.

-Bankomat może być nieczynny.

-Mam gotówkę.

-To lecę. Do widzenia.

Po kilku minutach.

-Dla Pana też kawy?

-Poproszę. Pani z daleka?

-Mmmm…

-Ok, nie pytałem. Ale z takim plecakiem to chyba nie na jedną noc?

-Na dłużej. Mleko jest tu.

-Ładna miejscówka na wypoczynek, a jeszcze gdy piec uruchomimy, to się Pani ogrzeje. Zimno idzie. Czuć w powietrzu.

-Pan jest specjalistą od ogrzewania, więc takim jak Pan chyba nie powinno być zimno.

-Od kilku miesięcy jestem robolem, który naprawia i uruchamia piece.

-A wcześniej?

-Pracowałem dla pewnej firmy, na szczeblu… Mniejsza z tym… Odszedłem, bo nie mogłem patrzeć na to, jak lizusowskie gamonie dostają coraz wyższe pensje i wpływy, a firma się wali. W każdym razie również branża grzewcza. Wolę być tym, kim obecnie jestem. Spać spokojnie. Ludzie doceniają moją pracę, a ja mam więcej czasu dla rodziny i na hobby, choć na koncie trochę mniej.

-Może to była słuszna decyzja. Teraz prowadzi Pan swoją działalność?

-Tak i jestem szczęśliwy, ale nie tylko z tego powodu.

-Widać.

-Pani jakoś chyba nie po drodze na pogadankę przy kawie. Spać się chce, co?

-Tak. Jechałam tutaj ponad 12 godzin. Pociąg miał opóźnienie.

-Tu nie dojeżdżają pociągi.

-Część drogi przebyłam autostopem.

-W dzisiejszych czasach?!

-Szybko coś znalazłam. Była wczesna pora.

-Lubi Pani ryzyko?

-Jestem w punkcie życia, w którym mi na niczym nie zależy.

-Byłem w podobnej sytuacji jeszcze pół roku temu. Pani też z tego wyjdzie. Widać po Pani. No, pora zrobić próbę ogniową.

Plener ślubny

W pierwszych dniach złotej jesieni park przy dworku przedstawia się malowniczo. Mnóstwo kolorów. Delikatny powiew wiatru. Śpiew ptaków. Dyskretne spojrzenia zwiedzających. Muzyka sącząca się z zabytkowego wnętrza. Aromat świeżo zaparzonej kawy podawanej do szarlotki. To wszystko składa się na niepowtarzalny nastrój. Robi się klimatycznie, nostalgicznie wręcz. Taki dzień wybrano na plenerową sesję ślubną. Styl młodej pary wyraźnie kłóci się z otoczeniem. Powiedzmy, że wyraz ich twarzy, sposób bycia, zachowania oraz dobór środków estetycznych zawierają elementy niekompatybilności z parkiem pałacowym powstałym dwa stulecia temu. Młoda para wygląda na znużoną wydarzeniem. Niechętnie pozuje. Nie słucha poleceń pani fotograf zdradzającej symptomy profesjonalizmu.

-Czekamy na światło.

-Długo jeszcze? Bo bym się odlał.

-W kawiarni jest toaleta, ale dla gości. Pozostali mogą skorzystać za drobną opłatą.

Nie przytoczę rozwiązania zaproponowanego przez głównego bohatera pleneru. Kilka chwil później. Panna młoda z wiankiem na głowie na skutek spadku temperatury zaczyna kulić ramiona. Otul ją marynarką, człowieku. Ważysz więcej od swojej żony i jesteś ubrany cieplej niż ona. Fotograf nakazuje zdjąć obuwie i stanąć na kładce. Komary to nie bociany. Nie odlatują do 26 sierpnia. Młoda w wieku pobalzakowskim zaczyna się drapać. Gdzieś z trawy wyskoczyła żaba. Słychać pisk i niecenzuralne słowo. Romantyzm. Nie ma co. Młody w wieku nieokreślonym, podobnie jak rozmiar jego kołnierzyka, rechoce.

-Czego się drzesz?! Ja bym spierniczał.

-Żaba!!!

-A co myślałaś?! Że wąż?!

-Skoczyła mi na stopę.

-Jeszcze trochę fotek nam cyknie i idziemy. Coś bym zjadł.

-Możemy się przebrać i gdzieś pójść.

-Drogo wszędzie. Kiedy coś wreszcie ugotujesz? Nie mamy forsy na chodzenie po knajpach

-Możecie głowy bardziej do siebie jak na randce? Wygiąć szyje? Możesz go objąć?

-Ty, ludzie się gapią. Długo tak będziemy się wyginać? Pajaca z siebie nie będę robił.

-Słuchaj, co Pani mówi. Zobaczysz, że będą ładne zdjęcia.

-Ładnie to jej zapłacimy.

Notatki. Ołówki

Mam ich mnóstwo. Nie nazywam tego kolekcjonerstwem, raczej nieszkodliwym zbieractwem. Ciężko mi pozbyć się ołówkowych kikutów, więc przechowuję je w szczelnie zamkniętych słoikach ustawionych na półkach i parapetach okiennych. Obok magnesów stanowią nieodłączny element pamiątkowego uposażenia wędrowca. W bagażu podręcznym jest ich kilka na wypadek, gdyby któryś ze znanych bądź nieznanych powodów odmówił posłuszeństwa. Nie zabieram w podróż temperówek. Szkoda mi dla nich miejsca. Po latach nauczyłam się podróżować jedynie z niezbędnymi rzeczami. Ołówki to mój fetysz. Kiedyś, w latach głębokiego kryzysu gospodarczego, temperowano ołówki i kredki przy pomocy noża kuchennego. Obecnie rzadko się to robi, chyba że z sentymentu.

W szkole zwracano mi uwagę, abym posługiwała się długopisem lub piórem, gdy oddaję pracę do sprawdzenia, bo to, „co jest napisane ołówkiem, się bardzo źle czyta, zwłaszcza późno w nocy przy sztucznym świetle”.

Wzbudzam mniej lub bardziej dyskretnie okazywane zainteresowanie, gdy w lokalach gastronomicznych sporządzam notatki w brulionie przy pomocy ołówka, rzadziej kilku. Dostrzegam to w spojrzeniach lub uśmiechu konsumentów. Celowo nie używam sformułowania gości, lecz konsumentów. Nie zabieram laptopa w podróż. Lubię dźwięk wydawany przez ołówek podczas pisania po papierze. Zdarza się, że obsługa knajp, w których zatrzymuję się regularnie, prowadzi mnie do stolika mieszczącego się nieco z boku, abym mogła w spokoju zebrać myśli i dosłownie przelać je na papier. Kelnerzy są świetnie przeszkoleni. Albo mają dobrego menedżera, albo byli pilnymi słuchaczami kursów traktujących o szeroko rozumianej obsłudze klienta. A może zwyczajnie nadają się do tej roboty, lubią ją i ludzi i znają się na nich, a wrodzone umiejętności procentują z każdą złotówką wydawaną przez konsumentów?

Nie zamartwiam się o to, czy notatki w brulionie zagubią się gdzieś i przepadną na zawsze w otchłani dziejów. Piszę tak nieczytelnie, że nikt ich nie rozszyfruje, zatem nie zrobi z nich użytku. Kilka stolików dalej widzę, jak dobrze sytuowany materialnie mężczyzna próbuje dyskutować z obsługą sali na tematy geopolityczne, dowcipkować i udawać konesera trunków i smaków. Spójrz na czyjeś stopy, a wiele się dowiesz o ich właścicielu. Dostrzegam na nich klapki z wyraźnym logo, a nad kolanami krótkie spodenki. Dyskusja właściciela firmowych klapek z kelnerem trwa w najlepsze. Mężczyzna wypowiada się tak donośnym głosem, że słyszy go część sali. Rozgląda się po konsumentach w poszukiwaniu na ich twarzach poparcia dla swoich żartów i proroctw na resztę życia w postcovidowej rzeczywistości. Chyba wolę swój ołówkowy świat tekstów, tworzenia opowieści i dzielenia się nim z czytelnikami. Wracam zatem do niego, a tuż obok brulionu z notatkami zauważam zamówioną sałatkę i koktajl, przyniesiony przez jednego z bezszelestnych kelnerów, poruszających się po sali niczym baletnice. Pomyślałem, że miałaby Pani ochotę spróbować białego wina z… Tak, skąd Pan wie? Przyniosłem je dla Pani, a to mała przekąska na koszt firmy. Jesteśmy na etapie komponowania nowych smaków i w związku z tym prosimy gości o rekomendacje. Dziękuję, że Państwo o mnie pomyśleli, ale potrawy wyglądają tak przepięknie, że szkoda je zjeść.

Czapki z głów! Klapki z nóg! Smacznego!

Notatki. Jagody

-Numer 23, proszę.

Odbieram naleśnik z serem i jagodami przyprószony cukrem pudrem. Tym razem spóźniłam się na pierogi. Lokuję się na kamieniu z widokiem na przełęcz. Udaję, że nie widzę tłumów turystów składających się z mniej lub bardziej szczęśliwych rodzin, nieudolnie ukrywających trudności, które podczas urlopów wypływają z siłą ulewnego deszczu zmieniającego górski potok w rwącą rzekę.

-Pani pewnie lubi jagody.

-Tak.

-Tutaj będzie ładny widok, proszę. I odpocznie Pani.

-Dziękuję. Pan też lubi jagody?

-Lubię, ale mi się przejadły. Zbieram je codziennie i tutaj przywożę.

-To jem owoce pracy Pana rąk.

-Trzeba wiedzieć, gdzie zbierać. Jeszcze trochę zostało. A schronisko płaci od litra, ale trzeba codziennie być z dostawą. Tu, gdzie Pani siedzi, lubię odpoczywać.

-Chyba nie zajęłam Panu miejsca.

-Nie, siadam tu na chwilę, bo za jakąś godzinę trzeba będzie na dół schodzić. A tutaj wieje. Przyjemnie tak usiąść i się ochłodzić.

-Tu zawsze takie tłumy?

-Dzisiaj i tak spokojnie. W weekendy więcej ludzi jest.

-I tak Pan sobie dorabia tymi jagodami?

-Jagodami i czym się da. Pracy się nie boję. Pomagam z doskoku przy koniach. Widziałem, jak Pani się kręci po wsi. Tej małej nikt nie pilnuje?

-Sama siebie pilnuje. Ma kryzys.

-Skąd Pani wie?

-Widzę. Tam przy stoliku siedzą jej rodzice, babcia i niepełnosprawny brat.

-Po czym Pani to poznaje?

-Minęłam się z nimi. Niech Pan spojrzy na tego dzieciaka. Widać, że coś jest na rzeczy, choć z boku nie wygląda, a matka cały czas koło niego skacze. A to nos wyciera, a to w herbatę dmucha, a to naleśnikiem karmi. Babka jej wtóruje. Matka odtrąca ręce chłopa, a on ma potrzebę zrobienia zdjęcia i wrzucenia w Internet, jak to szczęśliwie spędza wczasy z rodziną.

-Pani to chyba w wywiadzie pracuje.

-Z ludźmi. Zaraz się przekonamy. Co tam, dziewczynko, zmęczona górami?

Potakuje.

-Nie wyspałaś się?

Potakuje.

-Brat pewnie w nocy hałasował?

Potakuje.

-Czy to nie do Ciebie babcia macha?

Potakuje.

-Nie idziesz?

Łzy lecą jak grochy.

-Co byś chciała teraz robić?

-Tu posiedzieć (przez łzy).

-Ona Wam nie przeszkadza? Babcia zjawia się przy nas niczym duch gestami sugerując odpowiedź. Babciu, to dziecko jest do tego stopnia wymęczone atmosferą panującą w Waszej rodzinie, że potrzebuje oddechu na osobności.

-Nie, w żadnym wypadku. Do dziewczynki: lubisz, gdy wieje wiatr?

Potakuje.

-A wycieczki lubisz?

-Ze szkoły.

Babcia oddala się na odchodnym dorzucając: tylko nie zaczepiaj obcych.

-Jeździcie w góry ze szkoły?

-Nie, do wesołego miasteczka i do parku linowego. Ale w góry pojedziemy, gdy będziemy w starszych klasach.

-Lepiej tak bez mamy na wyjazdach czy z mamą?

-Bez mamy i taty.

-Skończyłam jeść. Pora powoli schodzić.

-Nie chce Pani zjechać?

-Nie, wolę zejść.

-Do widzenia. Trzymaj się, dziewczynko. Wiele wycieczek przed Tobą.

One. Szyby

-Nadal widać smugi. Spójrz pod światło.

-Umyj je sama, skoro masz jakieś ale.

-Nie ale, tylko czepiam się, żebyś wiedziała, jak to jest. Być krytykowanym. Ciągle. Tak przy okazji wieczko już się domyka. Co z nim zrobiłaś?

-Ścisnęłam śrubki przy pomocy kombinerek, następnie wygięłam wieczko do oporu i ponownie zamknęłam. Dlatego teraz chodzi jak…

-Ty i Twój perfekcjonizm. Każdego chłopa nim przegonisz. I nikomu nie dasz zarobić.

-Co mają do tego chłopy?! Zaoszczędziłyśmy na zakupie nowej kawiarki. Jeszcze trochę odłożymy i kupimy parową myjkę do szyb. Nie będę się pałować z wycieraniem ich do sucha, a i tak zostają smugi.

-Pani Ilona, ja bym wolała zmywarkę. Już mnie bolą ręce od zmywania i cała mokra jestem jak tak stoję i zmywam.

-Na zmywarkę trzeba będzie jeszcze poczekać.

-Powiedz swojemu ojcu, żeby Ci ją kupił, gdy następnym razem Was odwiedzi.

-Dziewczyny, koniec dyskusji! Na zmywarę nie ma miejsca.

-Mama bierze na nas piniądze. Niech je wyda na zmywarkę.

-Koniec tematu zmywarki. Co dzisiaj jemy?

-To, co ugototowałaś.

-Skoczę po ziemniaki do warzywniaka. A do nich…

-Ciekawe, czym za nie zapłacisz? Chyba swoimi książkami.

-Kurier zabrał je dopiero wczoraj. Pieniądze z wyceny powinny wpłynąć na konto za kilka dni.

-Całe życie czekasz na pieniądze. Poszłabyś do pracy. Na etacie miałabyś stałą pensję. A Ty wyprzedajesz wszystko, co masz, jak największy dziadol i chodzisz po domach do cudzych dzieci.

-Jakiś grosz z tego jest, mądralo. Dostajesz pieniądze na dzieciaki, więc podskakujesz i zrzędzisz, a do roboty nie pójdziesz. Grunt, że kartony z książkami spakowałaś. Co jutro wrzucamy na wymiennik?

-Dwie pary butów juniora, słoiki z Twoimi przetworami i kilka sztuk zdekompletowanych talerzy, pani perfekcyjna.