One. Duet

-Opuścić rolety?

-Nie, nie trzeba.

-Co tym razem? Nie możesz tak nie spać kolejną noc.

-Obudziłam Cię?

-I tak miałam wstać po coś do picia. Co jest grane?

-Układam tekst. Mogę iść do kuchni, jeśli…

-To niewiele pomoże, szczególnie przy ostrym świetle. Zepsujesz wzrok, rozbudzisz się na dobre i znowu przez resztę dnia będziesz sfrustrowana.

-Mam dziury w głowie. Nie udawaj, że nie zauważyłaś. Kolejny raz zapomniałam o zrobieniu przelewu. Dzisiaj wpakowałabym się po koła samochodu na przejściu. Nie kupiłam mydła i nie odebrałam rzeczy Mikołaja z szatni, jak prosiłaś.

-Nie masz dziur, tylko jesteś coraz bardziej rozkojarzona. Za dużo na siebie wzięłaś. Jesteś przemęczona w dzień, bo nie sypiasz w nocy. Dlatego stale jest Ci zimno. Powinnaś pomyśleć o dłuższej przerwie. Tak się nie da żyć. Bezsenne noce, bezsensowne przerzucanie klamotów z miejsca na miejsce. Szczelnie wypełniony dzień na wysokich obrotach. Kobieto, kto tak żyje i jak długo?

-Jakiej przerwie? Od czego?

-Weź zwolnienie. Od życia. Pojedź gdzieś. Odpocznij. Złap dystans. Zapętliłaś się. Nie masz ani chwili dla siebie w ciągu dnia. W nocy gorączkowo analizujesz, co się zdarzyło, co i kto powiedział. Co zostało do zrobienia na wczoraj, a co na zaraz i dlaczego nie nadążasz. Stale gdzieś biegasz. Wykonujesz mnóstwo czynności, z których nic nie wynika. Jakieś kursy, szukanie grup popaprańców, udawanie działalności społecznej. Angażowanie się w pomoc. Bez tego można żyć. Kiedy ostatnio byłaś z kimś w kinie albo na spacerze? Długim takim. Kiedy ostatnio włóczyłaś się bez celu? Co ostatnio zrobiłaś dla siebie?

-Jakie zwolnienie?! Oszalałaś?!

-Nie oszalałam. Nie podnoś głosu. Obudzisz dzieciaki.

-Ok, cicho już będę.

-Nie rycz. Nie mówiłam Ci o tym wcześniej. Szukam domu dla naszej ferajny. Kiedyś miałam marzenie, by kupić domek, zaszyty gdzieś, w oddaleniu od cywilizacji, żeby go udostępniać wszystkim udręczonym. Znalazłam taki nawet, ale był ponad moimi możliwościami. Będę szukać do skutku.

-A gdzie ja się podzieję? Co ze mną będzie?

-Tak, jak powiedziałam. Udostępnię Ci kąt w domku. Pora, abyśmy się ustatkowały. Ty i ja. Dwa pokoje już nie wystarczą. Dzieci rosną. Wymagają większej przestrzeni, a my nie możemy stale mieszkać razem. Mamy różne potrzeby i charaktery. Trzeba stanąć na własnych nogach.

-Nie umiem palić w piecu.

-To nic skomplikowanego. Nauczysz się.

-Nie nadaję się na odludzie.

-Nie zrozumiałaś mnie. Poszukuję domku dla siebie i dzieci. Ty zostajesz tutaj, ale będziesz mogła nas odwiedzać, jeśli zechcesz.

 

 

Wyprzedaż garażowa

-Filiżanki są jeszcze w tamtym koszyku. W różyczki, jeśli takie Panią interesują. I jeszcze w romby. Pozbywamy się tych wszystkich rzeczy.

-Zauważyłam napis „wyprzedaż garażowa” i postanowiłam zajrzeć. Przechodziłam tędy.

-Dobrze Pani zrobiła. Może znajdzie Pani coś przydatnego. Popatrzy, zastanowi się.

-Młynek do kawy działa?

-Działa. Mamy drugi. Jeszcze nieużywany. Niedawno w prezencie na rocznicę ślubu dostaliśmy ekspres do kawy, który mieli. Mężowi i tak nie smakuje z ekspresu. Pije plujkę, siekierę taką, choć mu nie wolno. A kawę kupuje mieloną, tak więc stoją dwa młynki. Nazbierało się tego przez tyle lat.

-Państwo się przeprowadzają?

-A skąd! Nie mamy się gdzie ruszyć. Garaż cały pełny. Same kartony, pudła, kosze. W przedpokoju, na poddaszu też. Nie wiem nawet, co w nich jest. Przegląda Pani sukienki? Na Panią raczej tu niczego nie będzie.

-Dom jest niesamowity. Stary z poddaszem. Zabytek?

-Tak, niczego nie można tu zmieniać. Na wszystko potrzebna zgoda konserwatora zabytków. Te okna wprawialiśmy w zeszłym roku. Poprzednie już się rozsypywały. Syn zajmuje piętro. U niego okna są niewymienione. Twierdzi, że tak lubi i taka uroda okien, że nie będzie zmieniać. Firanek też nie chce zakładać.

-Uważam, że firanki są i tak niepotrzebne na wysokim pierwszym piętrze. Kto go tam będzie podglądać? Chyba te stare drzewa z ogrodu, na które wychodzi widok z okna. A swoją drogą piękny ogród. Dziki. Idealnie pasuje do domu.

-Dziękuję. Nie mam ręki do ogrodu, dlatego taki zaniedbany.

-Nie to miałam na myśli. Chciałam powiedzieć, że te sosny i grab oplecione bluszczem są takie niezwykłe, a paprotki i poziomki przypominają mi las. Ma Pani odrobinę własnego lasu przed domem.

-Podobno kiedyś był tutaj las. Mój dziadek karczował go wraz z innymi mieszkańcami wioski pod budowę gospodarstw. Ale kilka drzew zostawił, specjalnie dla babci, która nie pozwoliła ich ścinać. Dziadka przygniotło spadające w dół drzewo. Babcia została sama z moją mamą, która miała wtedy niecałe dwa latka,  i wujkiem w brzuchu.

-Piękna historia. Bardzo romantyczna.

-Babcia nie wyszła powtórnie za mąż. Mieszkamy tutaj od pokoleń. Nie chcemy opuszczać tego miejsca. Jesteśmy za bardzo do niego przywiązani. Mamy jeszcze córkę. skończyła studia, zootechnikę i wyjechała za pracą na Śląsk, ale tęskni bardzo. Wiosną i latem jest tutaj niemalże w każdy weekend. Zimą rzadziej. Ciężko się dostać, a ona dopiero robi prawo jazdy. Ale zapowiada, że gdy tylko trochę się odkuje, to wróci. Ta wyprzedaż jest też po to, aby pomóc jej spełnić marzenia o powrocie. Chcemy kupić jej auto, dlatego odkładamy każdy grosz. Znowu będziemy wszyscy razem jak kiedyś.

One. S.

Razem zaczynałyśmy jako sprzedawcy powierzchni reklamowych. Obie przyszłyśmy do firmy w tym samym czasie. Obie stawiałyśmy pierwsze kroki w branży. Obie byłyśmy chude i przerażone ogromem pracy, która nas czeka. Obie wychodziłyśmy ostatnie z biura. Obie prawie tam nocowałyśmy. Obie w krótkim czasie osiągnęłyśmy bardzo dobre wyniki. Obie wychodziłyśmy na papierosa, choć tylko Ty z nas paliłaś. Ja przychodziłam socjalnie, jak zwykłaś mawiać. Snułyśmy plany, co będziemy robić po opuszczeniu tego obskurnego miejsca, gdy się trochę odkujemy. Chciałaś wyjechać w góry i hodować owce. Produkować bryndzę albo inne ekospecjały. Ja zamierzałam uciec na drugi koniec Polski i tam zacząć od nowa. Chciałam pracować zdalnie i sprzedawać coś ładnego.

Potem kogoś poznałaś i postanowiłaś nas opuścić. Przeprowadziłaś się do niego. Odeszłam wkrótce po Tobie, gdy atmosfera zaczęła się psuć. Tamtego roku jesienią stanowisko lidera objął G. Zaczął wymagać coraz więcej. Chciał świeżej krwi. Zatrudnił szczurków. Jeździli razem na weekendy. Z czasem wypadłam z obiegu, mimo że moje notowania jako sprzedawcy nie spadły. Z czasem się z tym pogodziłam. Z czasem Ty zaczepiłaś się u konkurencji i zaczęłaś od początku. Z czasem wspinałaś się po szczeblach kariery i osiągnęłaś wysokie stanowisko. Z czasem Cię doceniono, a realizacja Twoich pomysłów doczekała się konkursowych zwycięstw. Z czasem nasze kontakty się poluzowały. Do tamtej majówki.

Byłam coraz bardziej zniecierpliwiona tym, że nie udało mi się zarezerwować noclegu. Szukałam wytrwale pokoju dla jednej osoby. Wtedy wyjazdy w pojedynkę, zwłaszcza kobiet do głuszy, nie były tak popularne jak obecnie. Postanowiłam sprawdzić jeszcze jeden numer. W słuchawce usłyszałam Twój głos. Rozpoznałam Cię od razu. Jasne, że mnie pamiętałaś. Po tylu latach. Miałaś jedynkę, a właściwie dwójkę, ale przygarnęłaś mnie po kosztach. Miałam pomóc w ogarnięciu gospodarstwa. Na miejscu nie zastałam owiec. Zamiast nich było kilka kóz. Dawały mleko, a Ty przerabiałaś je na sery. Twierdziłaś, że cienko przędziesz, dlatego wynajmujesz dwa pokoje turystom. Latem jest łatwiej, bo zbierasz grzyby i jagody. Nauczyłaś się robić przetwory. Twój syn wyleczył się z alergii bez środków farmakologicznych. Wybrałaś to życie dla niego, aby miał szczęśliwe dzieciństwo. Nie zmieniłaś nazwiska po rozwodzie, aby nie tłumaczyć młodemu zawiłości, których i tak w tym wieku by nie pojął. Nie przewidziałaś, że przy roztopach i późną jesienią drogi będą nieprzejezdne, a szkoła daleko. Autobus nie chciał podjeżdżać. Młody musiał iść codziennie do głównej drogi, skąd był odwożony do szkoły. Nie miał kolegów. Za towarzystwo służyły mu głównie kozy. Ty nie miałaś dla niego zbyt wiele czasu zajęta ich dojeniem i warzeniem serów. Dorabiałaś pisaniem na zlecenie. Przestałaś robić makijaż, farbować włosy, dbać o dietę i sylwetkę, nosić szpilki. Mówiłaś, że tak jest dobrze. Zostawiłam Ci wszystkie kosmetyki, które przywiozłam, łącznie z perfumami. Z początku nie chciałaś ich przyjąć. Widziałam, jak szkliły Ci się oczy, kiedy ich dotykałaś. Prosiłaś, abym Ci opowiedziała o sobie, o wielkim świecie, który za szybko pędzi.

 

Patynowa Pani Domu. Okazje

-Zwolnił się pokój, o który Pani pytała. Czy jest Pani nadal nim zainteresowana?

-Tak, jestem.

-Właściwie można się meldować od zaraz. Dziś odwołano rezerwację. Kiedy by Pani przyjechała?

-Mmmm. Dzisiaj raczej nie. Może jutro.

-Dobrze, więc zrobimy rezerwację od jutra na Pani nazwisko. Na ile noclegów?

-Poproszę na trzy. Na początek. Zobaczymy, jak będzie.

-Zrobione. Do zobaczenia więc.

-Do zobaczenia.

Od samego rana (prawie południa) rewelacje. Wygląda na to, że wyjeżdżasz na urlop. Jeszcze nie wiadomo, czy wymarzony, ale masz nadzieję, że zasłuży na to miano. Póki co ogarnij się i sprawdź, czy masz wszystko, czego będziesz potrzebować w dziczy. Pomocne w tym przypadku bywają checklisty. Spis powszechny się do nich nie umywa. Wygląda na to, że niczego nie brakuje, a gdyby na miejscu przeznaczenia okazało się inaczej, to przecież jedziesz do cywilizowanego przysiółka, nawet jeśli znajduje się na końcu świata. Na zdziczałe obyczaje rzekomo wypoczywającej ludności nie masz zapobiegawczego środka, ale o tym przekonasz się później, gdy ogary pójdą w las, a Twoje pieczołowicie ciułane pieniądze trafią do kieszeni hosta.

Po długiej i wyczerpującej podróży docierasz na miejsce. Jak tu pięknie! Chyba nie mogłaś lepiej trafić. Nie mów hop, póki nie przeskoczysz, czytaj: nie poznasz innych lokatorów, a tych tutaj dostatek. Jest wieczór, więc tylko rozpakujesz się, wskoczysz pod prysznic… Zaparzysz herbatę… Wypoczniesz po podróży…

Opuszczasz pokój. Po drodze unikasz zderzenia czołowego z piszczącym dziewczęciem w wieku ok. 6 lat. W kuchni i przedpokoju unosi się aromat ryby z puszki. Niejednej, jak się okazuje. Amatorzy tego przysmaku volens nolens zafundowali pozostałym przymusową inhalację w oparach konserwy rybnej w oleju. Do tego zapach przypalonego tłuszczu, na którym były podgrzewane tanie wyroby garmażeryjne. Latorośle biegają pośród garnków, patelni oraz innego kuchennego doposażenia. Jedno domaga się frytek, inne w tej samej chwili pragnie sosu pomidorowego z dodatkiem glutaminianu monosodowego. Trzecie próbuje zmywać, wchodząc w już rozdeptane resztki spożywcze tego, co wcześniej spadło ze stołu. Rodzic natomiast walczy z otwarciem kolejnej puszki z rybną zawartością. Postanawiasz nie pożyczać mu swojego scyzoryka. Niech się pomęczy, skoro wybrał na posiłek trudno dostępne produkty zawierające pochodne niklu.

Czego się spodziewałaś po okazyjnej cenie? Chciałaś wypoczynku w dziczy, zatem otrzymałaś to, po co sięgnęłaś. I to z nawiązką. W dziczy i wśród dziczy.

Noc przyniesie ukojenie. Rozgwieżdżone niebo. Szumiący w oddali potok i drzewa kołyszące do snu. Usiłujesz zasnąć. Obudzona w środku nocy prawie siadasz na łóżku. Co jest grane?! Co to za dźwięki?! Dochodzą z sąsiedniego pokoju. Przypominają… odgłosy wydawane przez zwierzęta albo bestie. To tylko zły sen. Kładź się. Nie, to nie sen. Ponownie siadasz na łóżku. Odgłosy nie dość, że nie milkną, lecz jeszcze nasilają się. I tak do bladego świtu. Odkąd wyprowadziłaś się z centrum miasta nie używasz stoperów. Zresztą w tej sytuacji niewiele by pomogły. Wstajesz, aby przygotować herbatę. Trochę nocy upłynie, a do tego czasu chrapiący może przestaną chrapać. Na klatce schodowej półmrok. Nie świecisz światła, aby nie obudzić pozostałych mieszkańców. Drogę do kuchni znasz na pamięć. Wychodzisz z pokoju ubrana tylko w piżamę. W tej samej chwili z sąsiedniego pokoju wychodzi… niedźwiedź. Próbujesz go ominąć. Okazuje się, że on też do kuchni. Nie mógł zasnąć, łóżko za ciasne i gorąco mu. Tak powiedział. Siedzicie więc wspólnie w pomieszczeniu, które zdecydowanie wymaga wywietrzenia po wczorajszej kolacji. Otwierasz okno na oścież. Jeszcze chłodne powietrze muska Cię po twarzy. Dwie kolejne noce prędko miną. Kusturica w tym miejscu miałby co robić bez wyszukanych rekwizytów do scenografii. Kuchnia wygląda niczym z jego filmów przedstawiających w formie groteski życie w regionie nie tak dawno ogarniętym wojną.

Dobrze jest!

 

 

One. Córeczki

-Dziewczynki są bliźniaczkami?! Nie przypuszczałabym. Na pierwszy rzut oka oczywiście.

-Mają po 6 lat. Janinka i Marysia.

-Piękne imiona.

-Długo z mężem nie mogliśmy się zdecydować. I zostało, jak zostało.

-Ale temperamenty mają różne. I osobowości.

-O, tak! Jak Pani na to wpadła? Janka nie chce się uczyć. Pani w przedszkolu czasami skarży, że jest uparta i ciągle się śmieje. Pani myśli, że to z niej albo z dzieci.

-A ja uwielbiam, gdy Jana się śmieje. Od razu ją zauważyłam.

-Ona Panią również, ale obawiała się podejść i zagadnąć. Uczymy dzieci, aby nie zaczepiały obcych.

Matko, naucz dzieci, jak rozmawiać z ludźmi, jak ich rozróżniać i jak nawiązywać kontakt oraz jak go ograniczać albo zrywać, bo gdy Ciebie zabraknie, będą musiały poradzić sobie same.

-Jasne. A druga córcia jest przeciwieństwem Janki?

-Tak, ma na imię Marysia. Jest ułożona i ambitna. Uczy się hiszpańskiego i od razu  pochłania każdą lekcję. Pani mówi, że jeszcze takiej dobrej uczennicy nie miała. Marysia chce wszystko umieć perfekcyjnie. Jeśli coś idzie nie po jej myśli, zaraz się obraża. Na siostrę także. Czasami wstydzi się za Jankę, która nie znosi prac domowych oraz tego, gdy ktoś ją poucza.

Matko, Twoja perfekcyjna córka kiedyś się potknie o ziarenko piasku i zamiast wstać po upadku, otrzepać kolana i opatrzyć ranę, będzie łykać leki, by odzyskać równowagę albo biegać od jednego specjalisty do drugiego, którzy oprócz tego, że wyciągną od niej masę pieniędzy, w niczym nie pomogą.

-Martwię się o Jankę, czy da sobie radę w życiu. Będzie jej ciężko z takim charakterkiem.

Matko, to, co Marysia zdobędzie ciężkim tyraniem, Jance przyjdzie bez wysiłku. Ona zyska przychylność innych przy pomocy osobistego uroku i jednego uśmiechu. Będzie miała gdzieś sukcesy, nagrody, wyróżnienia i Twoje pochwały. Będzie żyła pełnią życia i darła łacha z tych, którzy biorą udział w absurdalnym wyścigu szczurów. Ale Ty, matko, jeszcze o tym nie wiesz, i dlatego będziesz próbowała za wszelką cenę wcisnąć ją do przygotowanego przez siebie schematu.

One. Handlarka

-Skądś Panią znam. Kojarzę, że kiedyś miała Pani stoisko z etnicznymi wyrobami z Ameryki Południowej. Albo to nie była Pani.

-To byłam ja. Pani kupowała u mnie kolczyki i torebkę z Ekwadoru. Pamiętam, że została ostatnia sztuka i Pani ją kupiła nawet nie patrząc na cenę.

-Podobała mi się do tego stopnia, że nie zawracałam sobie głowy tak trywialną sprawą jak pieniądze. Kupiłam też sweter, ale już się zużył. Był tak zmechacony, że nie mogłam go nadal nosić np. do pracy. A się z Panią działo, gdy Pani nie było?

-Zrezygnowałam z prowadzenia stoiska, gdy moja mama zachorowała. Trzeba było się nią zająć. Myć, karmić. Zapewnić łóżko z materacem przeciwodleżynowym. Zadbać o dom.

-Smutna sprawa.

-Tak. W handlu miałam przerwę. Potem było ciężko wrócić na rynek. Konkurencja zrobiła swoje. Próbowałam coś sprzedawać przez Internet, ale to nie to samo, co na żywo. Ktoś podchodzi do stoiska. Interesuje się. Ogląda. Rozmawia. Sprzedawca poznaje gust. Coś zawsze doradzi. Jeździ po Polsce. Ma rozeznanie, co się komu podoba, co jeszcze trzeba zamówić. A w Internecie jest niby formularz, ale ciężko rozmawia się z ludźmi głównie przy pomocy okienek. Zresztą trudno mi było pogodzić opiekę nad mamą, dziećmi i jeszcze handel.

-A tato Pani dzieci? Pamiętam, że Państwo razem prowadzili stoisko.

-Zaczął wyjeżdżać coraz częściej do swojego kraju niby po towar, niby po ziołowe specyfiki, mikstury. I wie Pani, jak takie historie się kończą. Ja tu, on tam. Dzieciaki zostały ze mną. Trochę już podrosły, więc mam łatwiej.

-Je też kojarzę. Śliczne, oliwkowe karnacje. Ciemne włoski. Etniczne stroje, ręcznie wytwarzane po tamtej części globu. Odróżniały się. Zwłaszcza córcia.

-Dużo Pani pamięta.

-Często do Was zaglądałam. Nawet gdy byłam nad morzem, spotkałam Pani męża i kogoś z jego rodziny. Kupiłam wtedy rękawiczki z wydzierganymi lamami. Niedługo potem zostały skradzione w supermarkecie. Byłam też na wykładzie Pani męża o roślinach leczniczych stosowanych w Ameryce Południowej. On był, jak to się u nich mówi, curandero.

-Nadal jest. Niczego nie mam z tego małżeństwa oprócz dwojga udanych dzieci.

-To jednak coś dobrego zostało.

-Niech Pani uważa na siebie. I nie zaczyna czegoś, co nie ma racji bytu.

One

-U mnie ten stan przejściowy trwa już trzy lata. Jeżeli kiedyś będzie Pani mieszkać i pracować za granicą, proszę się nie zgadzać na jakieś przejściowe sytuacje. Gdyby Pani widziała, w jakich warunkach mieszkam  z chłopakiem. Na 20 m2. Inni Polacy, którzy wyjechali z dziećmi, przeklinają ten kraj. Żyją w zagrzybionych norach na jednym pokoju z kuchnią. Polska rodzina z dwojgiem dzieci mieszka tak od siedmiu lat. Dzieciaki chorują. Tamtejsi lekarze nie znają przyczyny, więc nie mogą postawić diagnozy. A ja im mówię. To od grzyba na ścianach i śmieciowego jedzenia. I jeszcze od braku normalności. W okolicy, w której mieszkamy, jest wysoka przestępczość. Strach po zmroku z domu wychodzić, jeśli to miejsce w ogóle można nazwać domem. Ciasnota, zaduch i sypiące się okna. Zimą trzeba kocami okładać, bo tak wieje. Ubrania nie chcą schnąć. Wilgoć. Trzeba wozić do pralni, a to dodatkowe koszty. Dlatego dzieciaki chorują. Zanim przyjechały z rodzicami, widziały tylko obrazki w internecie, jak to dobrze i ładnie jest za granicą. Rodzice lub ktoś z sąsiedztwa przywozili im prezenty. Czekolady, słodycze, zabawki. Jakby w Polsce tego nie było. Dzieci myślały, że jadą do zaczarowanego, lepszego świata. Po przyjeździe czar prysł. Rodziców nie widują. W szkołach nie nadążają z programem. Trochę luzu mają w niedziele, gdzieś przy parafiach. Latem jakieś festyny są organizowane albo Dzień Dziecka. Nie chciałabym skazywać swojego dziecka na takie życie.

-Może kiedyś Pani wróci.

-Mam taką nadzieję. Dlatego nie chcę sprzedawać mieszkania po rodzicach. To rudera, ale zarobię na remont. Spłacę brata. Tak się umówiliśmy. Nie chcę tam zostać. Harować po kilkanaście godzin dziennie jako pomoc kuchenna albo sprzątaczka. To mit, że gdy nauczy się Pani języka, to Pani za granicą do czegoś dojdzie. Do niczego Pani nie dojdzie, gwarantuję to Pani. Też mam certyfikat. Zrobiony jeszcze w Polsce. Podobnie jak wielu Polaków. Wie Pani, w jakim psychicznym dołku ludzie żyją na emigracji? Co się dzieje z ich dziećmi? Mają tak silne zaburzenia, że żaden psycholog tego nie może wyprostować. Rodzice się załamują. Nie wiedzą, gdzie i jak szukać pomocy. Popadają w alkoholizm, w inne nałogi. Na początku, gdy przyjechałam, próbowałam ludziom tłumaczyć, pocieszać jakoś, że to przejściowe, że minie, że kiedyś do czegoś dojdą, gdy zacisną zęby. Wtedy jeszcze w to wierzyłam, ale z czasem wiara osłabła. Zastanawiam się tylko, co będzie, gdy ja złapię deprechę. Kto mi pomoże?

-Ktoś na pewno się znajdzie. To, co robimy dla innych, wraca do nas.

-Pocieszyła mnie Pani.

Oni. I.

-Dzwoniłem, bo chciałem, abyś pomogła mi znaleźć ośrodek dla juniora.

-Nie ma sprawy. Żona wie, że tu jesteś?

-Nie wie. Zresztą to nie ma znaczenia. Jesteśmy po rozwodzie.

-Formalnie?

-Tak, zostawiłem jej wszystko. Mieszkanie. Auto. Opiekujemy się małym na zmianę. Ale jest coraz trudniej. Wszedł w okres dojrzewania. Ma ataki. Judyta panikuje za każdym razem i dzwoni do mnie. Zaproponowałem specjalistyczny ośrodek. Nie zgadza się na to. Szantażuje mnie, że wyciągnie jeszcze wyższe alimenty, a ja już nie mam z czego płacić. Porzuciłem korporacyjne tryby. Pracuję na własny rachunek. Przygotowuję projekty. Można z tego wyżyć, ale to niepewny chleb. Wiesz, umieszczenie juniora w całodobowym ośrodku byłoby korzystnym rozwiązaniem. Judyta nie musiałaby rezygnować z pracy, a młody miałby nadzór. Na weekendy i wakacje moglibyśmy go zabierać na zmianę.

-Rozumiem. Interesują Was… Ciebie placówki prywatne czy państwowe?

-Nie ma znaczenia. Myślisz, że w prywatnych miałby lepiej?

-Tego jeszcze nie wiemy. Można byłoby umówić się z Dyrekcją na oględziny. Odbierz.

-To Judyta. A myślałem, że o tej porze ogląda Sulejmana.

-Nie porozmawiasz?

-Nie, pewnie znowu czegoś chce. Wyłączę, zaczekaj.

-Nigdzie nie idę.

-Poczucie humoru Cię nie opuszcza. Jak dawniej. Co się dzieje?

-Nic.

-Jak to nic? Posypałaś brokuły cukrem.

-Faktycznie, nie zauważyłam. Teraz ich nie zjem. Nałożę następną porcję. Od razu poleję sosem czosnkowym. Na pewno nie chcesz? Wprawdzie trochę rozgotowane…

-Nie, dziękuję. Od jakiegoś czasu straciłem apetyt. Nie żałuj sobie. Nadal rozgotowujesz brokuły.

-Nadal. Chyba jestem kulinarnie niewyuczalna.

-Nie sądzę. Z Twojej strony to brak chęci i zacietrzewienie. W imię czego?

-Mieliśmy rozmawiać o ośrodku dla Twojego syna.

-Chyba straciłem na to ochotę. Od 12 lat nie robię niczego innego, jak układam grafik pod rehabilitantów, logopedów, neurologów, pediatrów, terapeutów i szarlatanów. Każdy dzień jest podporządkowany młodemu i jego problemom. O jego matce nie wspomnę.

-Dolać Ci wina? Nie, sorry… Prowadzisz.

-Dolej, proszę. Auto też zostawiłem Judycie. Przyjechałem do Ciebie podmiejskim. Może coś zamówimy?

Oni. T.

-Proszę Pani, a gdybym Panią oprowadził, pokazał zamek, wzgórze. Za parę złotych. Moglibyśmy jeszcze las zwiedzić, i kapliczkę zobaczyć. Nie pożałuje Pani.

-Nie trzeba, dziękuję. Jakoś sobie poradzę.

-Ale mogłaby Pani się zgubić. A ja dobrze znam tutaj wszystko. Mieszkam… Mieszkam tam w dole. Widzi Pani z ten dom z czerwonej cegły?

-Widzę. Faktycznie z czerwonej cegły.

-To ja w nim mieszkam. I to okno na górze, prawie pod kominem, z którego leci dym?

-Widzę.

-To okno mojego domu. Mam tam pokój z bratem, takim małym, bo starszy już się wyprowadził od nas do dziewczyny.

-Mama wie, że tu jesteś i rozmawiasz np. ze mną?

-Wie, mówiłem jej: idę na zamek.

-A ona co na to?

-Tylko nie wracaj zbyt późno.

-Nie zimno Ci w tej bluzie?

-Trochę, ale ciepła jest. Z kapturem, ale ja nie nakładam kaptura. Nie jestem jakimś sebiksem. To znaczy czasami nakładam, gdy pada albo wieje, ale teraz nie wieje… tak bardzo.

-Widzę, że zmarzły Ci ręce. Miałbyś ochotę na herbatę? Cieplutką, z miodem i cytryną?

-E, nie. Piłem już.

-A ja dzisiaj jeszcze nie. Ale mam propozycję dla nas. Pójdziemy do pobliskiej kawiarni i powiesz mi, którą herbatę można wypić. Jak słusznie zauważyłeś, nie jestem stąd i nie znam wszystkich miejsc, więc proponuję, abyś poszedł ze mną i pomógł w wyborze. Co Ty na to?

-Zgoda. Pokażę Pani, gdzie nie ma wielu ludzi i tam najlepiej zająć miejsce. Będzie Pani mieć widok na dziedziniec zamku.

-Jak masz na imię?

-T.

-A Pani?

-Ilona.

Kilka minut później:

-Zamówiła Pani dwie?

-Tak, jeden dla Ciebie. Sama nie dam rady opróżnić dwóch kubków. Zauważyłam, że bardzo ładnie, starannie się wypowiadasz. W której klasie jesteś?

-W czwartej.

-Pani polonistka może być z Ciebie dumna.

-Pan. Powiedział, że widać poprawę, odkąd przychodzi do mnie pani studentka z akademii.

-Udziela Ci korepetycji?

-Yyyy. Pomaga w lekcjach i czasami zabiera na spacery. Dzisiaj miała przyjść, ale coś jej wypadło, to przyszedłem na zamek. Tutaj zawsze jest ciekawie.

-Już wiem. Jesteś podopiecznym fundacji, która zajmuje się pomaganiem dzieciom mającym przejściowe trudności w nauce.

-Pan pedagog ze szkoły namówił mamę, aby mnie zapisała.

-Brawo.

-Ale to obciach chodzić z panią studentką na spacery.

-Dlaczego obciach?

-Bo wolałbym z jakimś panem. Poszlibyśmy na pokazy albo do kina.

-To może zgłoś swoją propozycję panu pedagogowi.

-Zobaczę. Ale Pani powoli pije.

-Cieplej Ci trochę?

-Tak. Gdy dopijesz swoją, to się pożegnamy. Miło było Cię poznać.

-Jak Pani tu jeszcze przyjedzie, to wie Pani, gdzie mnie znaleźć. Mogę już iść?

-Jasne, że tak. Zmykaj.

 

 

Oni. Chłopiec

-Dzień dobry. Chciałaby Pani wiedzieć, co ja tutaj robię?

-Dzień dobry. Chętnie posłucham.

-Buduję domek dla biedroneczek. Ustawiłem czapeczki po żołędziach, na które położę cienkie gałązki. Przyciąłem je wcześniej, aby pasowały. Tutaj jest szałasik, aby biedroneczki mogły się schować. Tędy będą szły, tym szlakiem. Mam nadzieję, że konstrukcja się nie rozpadnie.

-Miejmy nadzieję, że będzie tak, jak mówisz. Buduj jak najwięcej domków dla owadów.

-Uwielbiam biedroneczki, ale też pszczółki, mróweczki. Będę dla nich budować, tylko najpierw poczytam, jak skonstruować takie domki, które się nie zawalą. Budownictwo to moja pasja.

-Ogromnie się cieszę. Życzę Tobie spełnienia wszystkich marzeń.

-Trochę ich jest. Dzisiaj mam tyle zajęć. Najpierw zostanę tutaj i sprawdzę, czy domek się utrzyma, czy wiatr go nie zniszczy. Będę obserwować przyrodę. Potem idę do kolegi. Będziemy wspólnie myśleć, jak budować domki, których nikt nie zniszczy. Biedroneczki to pożyteczne owady. Zjadają kleszcze. A pszczółki, jeśli wyginą, to człowiek razem z nimi. Pani tędy czasami przechodzi i zatrzymuje się, by posłuchać, jak śpiewają ptaki.

Zaśmiałam się, co stanowiło najlepsze potwierdzenie tezy młodego człowieka. W oczach dziecka zobaczyłam zapał, blask i fascynację, które z czasem przerodzą się w sukcesywne działanie. Słowa chłopca przywróciły mi wiarę w ludzi i ich możliwości. Wysłuchałam fragmentu opowieści. To początek.

-Ogromnie miło było Cię poznać. Pozdrów kolegę. Do zobaczenia.