One. Poszukiwania

-O której kończysz zajęcia?

-Za jakiś kwadrans powinnam być w ośrodku. Zaczekasz?

-Zaczekam. Junior znowu mnie wyzwał od różnych. Nie wiem, co robić z tym dzieckiem. Lekarze niby zlecają jakieś badania. Hormony, EKG, nawet tomografię. A ja wiem, że to może być co innego. Niedługo sama zacznę brać leki, jeśli tak dalej pójdzie. No nic, spożywkę zrobimy, gdy wrócimy z cmentarza. Na razie kupiłam kwiaty. Powiem młodemu, żeby je zaniósł na grób. To do zobaczenia.

Godzinę później.

-Nie możemy znaleźć. Biegamy z góry na dół. Pomożesz nam?

-Tak, ale najpierw dzwoń do tych ojców czy jak ich tam zwą. Powinni mieć to zapisane w księgach. Dom zamknięty, ale może ktoś jest w środku albo w pobliżu i mógłby pomóc. Rozpytam ludzi.

-Zaczekaj. O tym nie pomyślałam. Jaki tam jest numer? Zaraz poszukam. Cicho, młody! Zostaw te znicze! Zejdź z grobu! Nie wieszaj się tak! Ludzie nam się przyglądają, kurcze.

-Pogadam z nimi, a Ty szukaj numeru.

-Nikt nie odbiera. Poczta głosowa się włącza.

-Ludzie nie kojarzą nazwiska. Nie chcieli za bardzo gadać. Odwrócili się do mnie plecami.

-To co teraz?

-Szukajmy wśród nowych grobów, w dolnej części. Ja idę na prawo, Ty na lewo. I kwatera po kwaterze.

-Dzwoniłam do jego matki. Też nie odbiera. Młody, nie skacz po grobach! Zaraz dam mu w pysk.

-Chodźmy już. Może w tym czasie uda się dodzwonić do tych batiuszków. Próbuj! Ja tymczasem oblecę ogród i pasieki. Zajrzę do knajpy. Wypytam lokalsów o kogoś o takim nazwisku. Przecież nie zapadł się pod ziemię.

-Właśnie leży pod ziemią, a ja go szukam. Dalej tylko sygnał.

-Ok, ja lecę do knajpy, a Ty i młody biegacie od grobu do grobu. Jeśli coś znajdziecie, dajcie znać.

Jakiś czas później.

-Jest!!!

W drodze powrotnej.

-Teraz da mi spokój i przestanie zadawać pytania. Kiedyś go tu jeszcze przywiozę, a gdy dorośnie, sam zdecyduje, co z tym zrobić. Ma jeszcze babcię. Chcę, aby ją poznał. A ona przez te wszystkie lata nie interesowała się nami. Nawet na jego urodziny nie zadzwoniła ani razu. Nic. Ze mną nie chce gadać. Twierdzi, że to przeze mnie jej syn się zabił.

One. P.

Znalazłam wreszcie taksówkę, która nas tam zawiezie. Za rozsądną cenę. Umówiłam się z kierowcą na konkretny dzień. Będzie do naszej dyspozycji. Do południa. Potem coś tam ma, jakąś jazdę, więc wyrobimy się do dwunastej, tak mu powiedziałam. Chcesz jego numer? Podam Ci. Jeśli chcesz, możesz się z nami zabrać. Byłoby nam razem raźniej. Nie powinno padać. sprawdzałam prognozę. Na wszelki wypadek założę długie spodnie i wezmę sweter. To gdzieś niedaleko poczty. Na niewielkim wzgórzu. Patrz. Nie jest daleko. Mogłabyś przy okazji zwiedzić cmentarz i porobić zdjęcia, skoro to tak lubisz. F. się ucieszy, jeśli z nami pojedziesz. I wiesz, coś trzeba powiedzieć tym ludziom. Nie mam na razie pomysłu, co. Próbowałam dodzwonić się do jego matki. Mieszka w sąsiednim miasteczku. Ale nie oddzwania. Mówiłam jej, że będziemy, i pytałam, czy chciałaby zobaczyć się z wnukiem. On jej wcale nie pamięta. Wie tylko, że ma babcię zamieszkałą gdzieś na końcu świata, gdzie trudno dotrzeć. Ona ma córkę w Szwecji. Czasami ją tam odwiedza. Nawet nie oddzwoniła. Pisałam SMSy. Nie odpowiedziała. Znała mnie. Bywałam u niej, zanim F. się urodził. Po wypadku przestałam bywać. Kontaktu z nią też nie utrzymywałam. Aż do tego roku, gdy wybuchł ten cały covid. Mieliśmy więcej czasu dla siebie. F. jest coraz starszy. Zaczął zadawać pytania. Rozmawiałam z jego psychologiem i zostałam przez niego uprzedzona, że junior może mnie obwiniać o to, że wychowuje się bez ojca. Rozstałam się z A., zanim F. się urodził. To nie miało racji bytu. Zresztą F. jest wpadką. Sama nie wiem, kiedy to się stało. Jego ojciec był totalnym mułem. Szybko ze sobą zamieszkaliśmy, a resztę znasz. Mój brat prowadzi szkołę karate, więc wysyłam F. na zajęcia. Już drugi rok do niego chodzi. Czego my nie próbowaliśmy? Były i szachy i pływanie i jazda na rowerze i wreszcie karate. Brat czasami zabiera młodego do siebie. Zastępuje mu ojca w jakimś sensie. Chłopak bez ojca źle się chowa. Bardzo dobrze o tym wiesz. Pracujesz z różnymi zaburzonymi dzieciakami. Terapii tez próbowaliśmy. Dostaliśmy się do centrum. Ale płacimy za udział w zajęciach, bo to jakieś nowatorskie metody i nie są jeszcze refundowane. Jakaś terapia kolorami, światłem. Niby F. ma się od tego wyciszać. Chodzimy też do psychologa, ale tego mamy na NFZ. Przerwałam terapię, gdy wybuchła epidemia. I tak nie przynosiła spodziewanych rezultatów. Zamiast tego zmieniłam mieszkanie i przy okazji skasowałam auto. Kolejne. Na osiedlu. Dobrze, że wtedy sama byłam wewnątrz. Na nowe na razie mnie nie stać. Rodzice nie pożyczą mi swojego. Mówią, że jestem fatalnym kierowcą i jeszcze ich mogłabym skasować i siebie przy okazji. Dlatego rozbijam się pociągami i taksówkami. To jak, jedziesz z nami?

One. Puszki

-Chcesz je?

-Pewnie, że chcę. Cudne puchy.

-Są Twoje.

-Będą pasować do pasków na ścianie. Zieloniutkie jak wiosenna łąka.

-Nie były używane.

-To po co je kupiłaś?

-Myślałam podobnie jak Ty, że będą pasować do kuchni, którą z taką pieczołowitością urządzałam.

-I?

-Nie pasowały. Podobnie jak kuchnia i nie tylko ona. Do życia.

-Tamto małżeństwo nie było dla Ciebie. Dla Was.

-Małżeństwo w ogóle nie jest dla mnie. Wiesz, kiedy dokładnie kupiłam te puszki?

-Nie wiem.

-W dniu, w którym garnki z zawartością po raz pierwszy poleciały przez okno. Grunt, że nikogo wtedy nie zabiły.

-To już przeszłość. Teraz skup się na…

-Na tym, jak przeżyć z dziećmi, nie pozostawić ich sierotami i nie zostać wyeksmitowaną.

-Nie panikuj.

-Tamtej wiosny miałyśmy jechać do Wiednia.

-Jeszcze pojedziemy.

-Kupiłyśmy bilety i zabukowałyśmy noclegi. Dzień wcześniej dostałam ataku. Ty wpadłaś w furię. Krzyczałaś, że zepsułam Ci weekend, naraziłam na koszty i jestem nieodpowiedzialna. Pojechałaś sama. Jak zwykle postawiłaś na swoim. Kilka dni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wzięliśmy ślub, na który nie przyszłaś.

-Nie widziałam w tym związku przyszłości.

-Urodziła się K. Od początku coś było nie tak. Obwiniał mnie o jej stan. Oboje stale mnie o coś obwiniacie.

-Przestaniesz?!

-Właśnie K. się obudziła i domaga uwagi.

-Krzyczy tak, bo nie chce, abyś ze mną rozmawiała i dzieliła się czasem z kimś innym.

-Nie znasz jej. Ona nie umie inaczej.

-I nie będzie umieć, skoro ma Ciebie na każdy gwizdek. Pójdę już.

-A puszki?

-Nie chcę ich.

-To je wyrzuć po drodze. Nie mogę na nie patrzeć.

-A mnie to chciałaś je podarować.

-Ty byś z nich zrobiła właściwy użytek i może do czegoś dobrego by to doprowadziło.

-Chyba w to nie wierzysz.

-Zawsze zazdrościłam Ci porządku na głowie i w głowie. Podasz mi chusteczki?

-Pozory.

-Nie można grać przez kilkadziesiąt lat. To by była schizofrenia.

Notatki. Epidemia po polsku

Godziny przedpołudniowe. Wychodzę po zakupy spożywcze. Omijam wymarły plac zabaw i park, w którym uwija się pojedynczy osobnik, mający na bakier z równowagą i higieną. Ptaki szaleją. Mają dla siebie starodrzew, krzewy, trawnik, klomby. Wbijam do ulubionej piekarni. Sprzedawcy z plastikowymi ochraniaczami na twarzach wyglądają zjawiskowo. Znowu nie ma rogalików, które preferuję na drugie śniadanie. Nie ma i przez jakiś czas nie będzie, słyszę. Wychodząc niemal zderzam się z grupą czterech osób. Przewodniczka stada (widoczne braki w uzębieniu), za którą unosi się woal dymu, wykrzykuje „patologia, k…, gamonie, nieroby”. Wtóruje jej dziki rechot pozostałych członków stada. „Co to jest? Nie ma nic, k…, porządny człowiek nic nie dostanie”. Idę dalej. Miasto wymarło. Małe sklepy, punkty usługowe i rodzinne interesiki to obecnie biała plama na jego mapie. Pozdrawiam znajomego sprzedawcę miodu. Nie tym razem. Jak ograniczenia to ograniczenia. Rodzice z dziećmi otulonymi w koce spacerują po balkonach śpiewając przy tym. Rozpoznaję jedną melodię. Gdyby nie wybuch epidemii, nie wiedziałabym, że istnieją lokalne nienazwane Marie Callas.

Pakuję do koszyka to, co niezbędne. Z drugiego sektora, obfitującego w trunki, słychać rozmowę dwóch mężczyzn. Ich sposób bycia, strój i aparycja mogą świadczyć o tym, że zmagają się z brakiem stałego zajęcia i kobiety. „Mnie to wcale nie przeszkadza, że siedzę w chałupie, k…, żeby nam jeszcze płacili, a oni nam g…o dają. To co mamy robić za darmo? Wolę się op…. i niech ten wirus jeszcze trochę siedzi, w ch.j”.

Idę do M., gdzie bez względu na czas i okoliczności coś jest niezmienne. Pierogi ze słodką kapustą i suszonymi grzybami. Nadzienie powinno być lekko pikantne, a ciasto luźne. Boki sklejone wyłącznie ręcznie, na ok. 7 mm. Doskonałe na ciepło i zimno, nawet bez okrasy.

Miejcie dobry, szczęśliwy czas i pozostańcie w zdrowiu!

One. Dzień Babci i Dziadka

-Mogłabyś choć na chwilę odłożyć tę bardzo ważną książkę i mnie posłuchać.

T. nie dawała za wygraną raz po raz domagając się uwagi.

-Wiem, o czym chcesz rozmawiać. Znasz moje zdanie. Nic z tego.

-Dawno nie byłam na wsi. Dzieciaki nie widziały babci kilka lat.

-Nie pojadę z Wami.

-Nie dam rady wgramolić się z bagażami i dziećmi do autobusu. Zapłacę za Twój bilet.

-Nie. Jestem asertywna. Nie. Nie znoszę wsi, grobowej atmosfery w Twoim domu oraz głupiego gadania, od którego nie będzie można uciec. dokąd pójdziemy w środku nocy, gdy zaczniecie się awanturować.

-W niedzielę tam nic nie dojeżdża, a w pozostałe dni tygodnia trzeba z buta tłuc się przez drogę ok. 2 km. Nie dam rady z dzieciakami, wózkiem i resztą.

-Niech babcia tu przyjedzie.

-Dobrze wiesz, że tego nie zrobi. Nie ma się czym tutaj dostać. Musiałaby się przesiadać, a ma coraz mniej sił. Chcę dzieciakom pokazać grób dziadka.

-Odstawię Was do autobusu, pomogę z wózkiem i bagażami i na tym koniec, ok?

-Ale jesteś. Kiedyś tam razem jeździłyśmy, nie pamiętasz?

-Pamiętam, ale to były inne czasy.

-Tak?! Kiedyś było lepiej, słynne Twoje powiedzonko. Kiedyś miałam więcej rozumu. Nie to co teraz.

-Kiedyś było inaczej. Nie twierdzę, że lepiej. Inaczej. Inaczej się z Tobą rozmawiało. Inaczej by to się potoczyło, gdyby…

-Nie wierzę, że tak mówisz! Gdyby co? Powiedz to wreszcie! Gdyby nie moja matka. Lubiła Cię, a Ty traktowałaś ją z wyższością. Zawsze byłaś zarozumiała i dumna. Jak wtedy, gdy stałaś na balkonie blada jak trup w swojej czerwonej sukience i przytulałaś lampkę białego wina do policzka. Na co albo na kogo wtedy patrzyłaś? Chciałaś rzucić tą  lampką, ale zgniotłaś ją i szkło wbiło Ci się w dłoń. Mama podeszła do Ciebie i Cię powstrzymała. Wyjęła Ci szkło z ręki, potem zorganizowała opatrunek. Nie popłakałaś się z wściekłości, bo jeszcze makijaż by Ci się rozmazał.

-To dzwoń do mamusi. Może coś wspólnie ustalicie, skoro z Was takie przyjaciółki.

-Żebyś wiedziała, że zadzwonię. Z zaproszeniem. Niech przyjedzie do nas i zostanie tak długo, jak zechce. Twoja pomoc nie będzie potrzebna. Zamknij się w wykreowanym przez siebie świecie, składającym się z tak pustych i niedostępnych ikon jak Ty, ale pamiętaj, że kiedyś Twój czas minie i wtedy nikt nie poda Ci ręki, bo nie dopuszczasz do siebie ludzi. Mnie przy Tobie też nie będzie.

 

One

-Jak wyglądam?

-Jest nieźle.

-Nieźle jak na mnie czy nieźle, bo jest nieźle.

-Oj, czepiata jesteś.

-Chcę, aby mnie dobrze zapamiętał. Sama widzisz, co się dzieje. Myślisz, że okażę się dla niego atrakcyjna?

-Jeśli będziesz czuć się jak g*wno, to będziesz wyglądać jak g*wno i on tak Ciebie odbierze.

-To mi powiedziałaś. Dzięki, że zgodziłaś się zająć dzieciakami.  To lecę. Nie kładźcie się za późno.

-Bawcie się dobrze.

Półtorej godziny później. Po mieszkaniu buszują dzieciaki, które postanowiły nie kłaść się spać o zwykłej porze. Słychać, jak wchodzi ona.

-Otwórz wino.

-Już po randce?

-Otwieraj.

-Nie mamy wina.

-Mamy. Dzieciaki do swojego pokoju, ale już!!! Zęby umyte? To migiem do łazienki, a potem spać!!!

-Kieliszki w zmywarce.

-Nastaw ją więc.

-Dlaczego wyżywasz się na mnie z powodu nieudanego spotkania, co było do przewidzenia?

-Przynieś książkę i czytaj.

-Dzieciom na dobranoc Ty powinnaś.

-Nie dzieciom. Nam poczytaj.

-Co byś chciała? Może Tołstoja?

-Może nie. Może poezję.

-Rilke?

-Dzieciaki spać!!! Mama chciałaby odpocząć. Dzisiaj sami poczytajcie. Już trochę umiecie. Czego Was uczą w tej szkole?

-Zaogniasz sprawę. Przestań.

-Ty przestań. Co robisz z winem?! Hej, zapłaciłam za nie, a Ty je wylewasz. Pieniądze topisz. Nasze wspólne.

-Idź do nich. Ale najpierw zmyj to coś z twarzy. Wyglądasz jak…

-Jak g*wno. Powiedz to wreszcie! Powiedz w końcu, że wyglądam jak g*wno.

-Sama to powiedziałaś.

 

 

 

One. F.

-To Pani gabinet? Trzeba przyznać, że jest gustownie urządzony.

-Nie, podnajmuję go. Pracuję jeszcze w kilku miejscach. Jeżdżę też do klientów do domów, ale tylko do sprawdzonych. Grafik mam tak ustawiony, że obsługuję stałe zamówienia. Doliczam kilometrówkę.

-Dziewczyny z reprodukcji spoglądają na nas tak, że czuję się, jakbym była jedną z nich.

-Nawet nie zwróciłam uwagi. Nie jestem wybitnym znawcą malarstwa.

-Ja też nie, ale akurat obrazy tego twórcy są charakterystyczne, dobór kolorów, sposób, w jaki patrzy na kobiety. Chciałabym, aby ktoś mnie kiedyś taką namalował.

-Przyjechała Pani na wypoczynek?

-Coś w tym rodzaju. Raczej po to, by nabrać dystansu do pewnych spraw. Odreagować silny stres, trochę się go nazbierało ostatnimi czasy.

-Tutaj są mocne przykurcze. Ja tego nie rozmasuję podczas jednego seansu, ale dam Pani wskazówki do samodzielnej pracy. Nie zaszkodzi pokazać się fizjoterapeucie.

-Nie zauważyłam.

-Pokażę Pani. Proszę luźno trzymać rękę. Jeszcze luźniej. O, tutaj jest mocny i biegnie tędy.

-Ok, coś zrobię w tym kierunku. Pani jest miejscowa?

-Tak, sprowadziłam się tu kilka lat temu.

-Gratuluję świetnej figury.

-Zmieniłam dietę. Wzięłam się za siebie. Zdobyłam uprawnienia na instruktora fitnessu. Jestem po fizjoterapii, ale mam też skończone różne kursy.

-To z pewnością wzmocni Pani pozycję na rynku, który w tej dziedzinie jest bardzo konkurencyjny.

-Ma Pani rację, lecz na dobrego specjalistę ciężko trafić. Sama mam z tym problem, gdy potrzebuję pomocy. Na szczęście jest w okolicy ktoś sprawdzony.

-Córka pójdzie w Pani ślady?

-Nie sądzę, ona ma zapędy do układania włosów, kosmetyków. Nie będę jej tego wybijać z głowy. Kiedyś myślałam, że u niej to przejściowe, ale widzę, że z wiekiem się nasiliło.

-Ojciec młodej co na to?

-Mieszkamy same. Jeszcze z moją mamą. Wybudowałyśmy dom wspólnymi siłami. Zaczęło się od tego, że przyjechałam tu kiedyś z przyjaciółką na wakacje i zażartowałam, że mogłabym zamieszkać w tym mieście. Okazało się wkrótce, że rodzice kupili działkę i rozpoczęli budowę domku. Wyliczyli, że będzie taniej, jeśli postawimy coś swojego. Będzie baza na urlop i na wypady. Życie się tak ułożyło, że urodziłam córkę, którą samotnie wychowuję. Pomaga mi mama. Jest już na emeryturze. Dorabia księgowaniem. Żyjemy tu we trzy i bardzo się kochamy. Młoda ćwiczy na nas swoje pomysły na fryzury. Ja ćwiczę masaże na nich obu, a mama prowadzi moją działalność i domowy budżet od strony księgowej. Uzupełniamy się. Przed laty zaczęłam tutaj życie od nowa. Nie żałuję.

-Pani cały czas w ruchu?

-Staram się. Prowadzę zajęcia na siłowni, z fitnessu. Jestem w trakcie robienia uprawnień na trenera personalnego. Lubię kontakt z ludźmi oraz to, co robię. Chciałabym to wszystko jakoś powiązać. Wiosną i latem jeżdżę na rowerze. Czasami wyskoczę na krótki urlop, ale nie na długo. Wraz z dietą zmieniłam nastawienie do życia. Pomogło.

 

One. Doktorat

-Mogę Pani zająć chwilkę?

-Proszę.

-Siedzi Pani taka zamyślona. Chciałabym zaproponować Pani udział w ankiecie. To nieobowiązkowe oczywiście.

-Jaka to ankieta?

-Pracuję nad doktoratem i chciałabym Pani zadać kilka pytań, jeśli Pani pozwoli. Mogę też wysłać ankietę na e-mail, jeśli tak by Pani było wygodniej.

-Poproszę na e-mail. Jestem tu tylko przypadkiem. Nie jestem pacjentką.

-Nie, a ja pomyślałam… Nieważne. W takim razie…

-Może ankieta przyda się komuś, albo roześlę ją po znajomych. Może ktoś zechce podzielić się swoją historią?

-Dziękuję, byłabym zobowiązana.

-Miałam kiedyś znajomą, która robiła doktorat z nauk przyrodniczych. Wciąż opowiadała, jakie ma zajęcia, co miesza w probówkach, jakie komórki, co podaje myszom i kiedy wyniki. Nie potrafiła żyć bez zajęć na uczelni. Nie miała innych tematów do rozmowy jak tylko praca naukowa. Rozmawiała posługując się głównie naukowym żargonem. Znajomych i kontaktów poza środowiskiem naukowym również nie miała. Mało czytała, chyba że prasę naukową związaną ze swoją dziedziną. Przy bliższym poznaniu okazała się cholerną nudziarą.

-E-mail z ankietą do Pani już wysłany.

-Dziękuję, do zobaczenia.

Wieczór.

-Pomożesz jej w lekcjach? Niczego nie kumam z tego polecenia. Dzisiaj znowu był problem w szkole i jechałam na złamanie karku. Chcę się przejść. Wziąć Ci coś z osiedlowego?

-Pomogę, daj. Niczego nie potrzebuję. Spotkałam dzisiaj dziewczynę, doktorantkę. Wysłała mi ankietę do wypełnienia. Trzeba napisać zakończenie. Tak jest w poleceniu do zadania.

-Znowu będziesz trąbić po ludziach o naszych sprawach?

-Tym razem zatrąb Ty, jeśli potrafisz.

-Ty jesteś specjalistką od kreowania fikcji literackiej.

-Nie powiedziałam, że się tym zajmę.

-Ale nie odmówiłaś. Podczas wywiadów dla studentów byłaś już bezdomną, schizofreniczką, bezrobotną, ojcem rodziny. Kim jeszcze nie byłaś? Osiedlowa Matka Teresa. I po co Ci był ten doktorat?

-Idź już, nie nakręcaj się.

-Udostępniłam Twoje teksty znajomemu. Był nimi zachwycony.

-I kto tu pierze publicznie nasze brudy?

-Uważaj na niego, jest kobieciarzem. Będzie starał się Ciebie uwieźć. Prosił o więcej tekstów.

-To mu je daj. Jestem odporna na działanie męskich hormonów szaleństwa.

-Może na swojej drodze nie spotkałaś nikogo, kto byłby zdolny do uwiedzenia Ciebie.

-Wiesz, nie pokazuj mu więcej tekstów. Niech sam kombinuje, gdzie i jak je znaleźć.

 

 

 

 

One. Zachcianki

Popołudnie. W przedpokoju mnóstwo koszy i skrzynek z warzywami. Niektóre z nich przejrzałe, o czym świadczy unoszący się w powietrzu zapach. Muszki stadami oblegają zawartość skrzynek.

-Matko i córko! A to co?

-Pomidory, papryka i cebula na przetwory. Z darów.

-Ale leje. Akurat byłam na targu, gdy lunęło. Nie wzięłam parasolki.

-Po co byłaś na targu?

-Po ser. Naturalny. To, co serwują markety, nie nadaje się do jedzenia. Przy okazji kupiłam warzywa. Ugotujemy zupę krem i ryż zrobimy. Z jabłkiem i cynamonem.

-Kończą się nam pieniądze, a Ty masz zachcianki.

-Dobrze wiem, ile kosztuje porcja sera z certyfikatem. Nie możemy sobie wszystkiego odmawiać. Nie wiedziałam, że przyjdą warzywa z darów.

-Przebierzesz ją?

-Nie.

-Ty ją odrzuciłaś. Podświadomie. Niczego przy niej nie chcesz robić.

-Zmiana szychty. Chciałaś wyjść do lekarza, a potem do apteki, więc nie opóźniaj, tylko idź. Ja z nimi zostanę.

-Już się zbieram. Chcesz coś?

-Z apteki? Nie, dziękuję.

-Zrobienie zakupów coraz bardziej graniczy z cudem.

-Nie mamy auta, dlatego chodzimy na zakupy na raty i na plecach przynosimy tyle, ile zdołamy udźwignąć. Trochę dostaliśmy z fundacji. Nie umrzemy z głodu. A propos może znajdzie się opiekunka z MOPS-u na stałe? Długo tak nie pociągniemy.

Noc. W korytarzu nadal stoją skrzynki z nieobranymi warzywami. Pośród nich dziecięce zabawki, ubrania oczekujące na upranie, nierozpakowane zakupy.

-I jak te sery? Mogą być?

-Odkładam każdą złotówkę na mieszkanie, a Ty mnie karmisz serami. Plan na życie mi się rozjeżdża, a dla Ciebie istotne głównie to, co masz w brzuchu.

-Co dokładnie Ci się rozjeżdża?

-Nikt nas nie odwiedza. Nie mów, że nie zauważyłaś.

-Czy uważasz, że to dobra miejscówka na kolację przy świecach lub popołudniowe herbatki?

-Towarzystwo się wykrusza ze względu na moją sytuację, ale przynajmniej wiem, ile było warte. W pracy spokojniej już?

-Już tak. Mogę w czwartki i piątki odbierać dzieci ze szkoły, choć już czas, aby same wracały. Ty w tym czasie ogarniesz mieszkanie i siebie.

 

Notatki. Niedziela

Wychodzę przed południem. Mijam stojącego w drzwiach klatki schodowej zaniedbanego higienicznie człowieka, ubranego w brudny turecki sweter oraz spodnie pamiętające czasy bazarów wczesnych lat 90. Przerzedzone, tłuste włosy pozostają w niechlujnym nieładzie. W XXI wieku, gdy łazienka jest w każdym domu w niedzielne przedpołudnie można jeszcze spotkać kogoś, kto o zasadach higieny osobistej słyszał może w latach szkolnych. W dłoni ozdobionej zapuszczonymi paznokciami trzyma obitą, blaszaną miskę, z której aluminiową łyżką wyjada ziemniaki obficie polane przypalonymi skwarkami. Swąd przypalonych skwarków i cebuli roznosi się po całej okolicy.

Matka z dwojgiem dzieci. Jedno w wieku ok. 4 lat i drugie noszone w  chuście w wieku kilku miesięcy. Dodatkowo w jej dłoni smycz, na której idzie uwiązany pies. Mówią tak głośno, że słychać ich z daleka. Wybierają się na wycieczkę po okolicy. Zmierzają w w kierunku dworca kolejowego. Zostaw. Nie rusz. Połóż. Zaraz w d*pę dostaniesz. I zobacz, co narobiłeś. Nie wezmę Cię już nigdzie. Oddaj to. Potrzymaj psa. Nie tak mocno. Nie szarp. Czterolatek kładzie się na chodnik, który dzieli z resztkami niestrawionego pożywienia. Rozpoczyna się pokaz akrobatyczny w jego wykonaniu. Widownia nie klaszcze. Oddala się spoglądając w ekrany swoich smartfonów. Matka wraz z dziećmi i czworonogiem wsiada do pociągu.

Późne niedzielne popołudnie. W bistro przy stoliku rodzina z dzieckiem o specjalnych potrzebach edukacyjnych. W powietrzu czuć dziwne zawieszenie, ciszę przed burzą. Intuicja mnie nie zawodzi. Dziecko z zaburzeniami zachowania i emocji nie odnajduje się w świecie, do którego zostało zaproszone. Na oczach konsumentów daje temu wyraz w postaci konwulsji oraz rzucania czym popadnie. Przytomny ojciec wynosi je na zewnątrz. Matka w błyskawicznym tempie ubiera pozostałą dwójkę, chwyta torebkę i wybiega za nim.

Moja strefa ciszy i komfortu znajduje się za zamkniętymi drzwiami mieszkania. Rezygnuję z obiadu w punkcie gastronomicznym. Wracam do siebie. Otulam się w koc niczym w kokon. Nie ma mnie dla nikogo.