Chusteczki

Stolica. Plac przed ekskluzywną szkołą dla dzieci i młodzieży. Placówka jest chroniona przez pracowników wyspecjalizowanej firmy. Pierwsza zmiana kończy lekcje. Rodzice i guwernerzy okupują miejsca parkingowe, dyskretnie wypatrując swoich podopiecznych. Latorośle tymczasem, ubrane w nienagannie skrojone mundurki, wybiegają z budynku szkoły. Tłum gęstnieje. Moje silne przeziębienie daje się coraz bardziej we znaki. Potrzebuję chusteczek jednorazowych na już. Te, które mam, zużywają się w zastraszającym tempie. Nagle za tłumem dostrzegam pełzające po chodniku dziecko. W pierwszej chwili myślę, że obraz został wykreowany tylko w mojej głowie, trawionej gorączką. Tuż obok pełzającego szkraba pojawia się drugi. Leży na kocyku, zajmując niewielką część brudnego chodnika. Uczniowie szkoły oraz ich bliscy mijają naprędce dzieci oraz postać, która na płachcie rozłożonej obok dziecka sprzedaje… chusteczki higieniczne. Podchodzę bliżej i usiłuję wyjaśnić, że potrzebuję sporego zapasu. Wychudzona dziewczyna o dłoniach zniszczonych pracą oraz nieregularnym trybem życia wręcza mi dwie paczuszki chusteczek i podaje cenę. Nie mówię w jej języku. Płacę za kilka opakowań. Jedno z dzieci na czworakach surfuje pomiędzy nogami przechodniów. Drugie śpi na kocyku obok towaru, jakby nie istniał świat ulicznego chaosu. Korków. Przechodniów podążających do klubu fitness albo na lunch. Matka wydaje resztę. Nasze spojrzenia krzyżują się. Za dużo. Nie chcę się targować. Chcę kilka opakowań. Słychać znajomy krzyk: pospiesz się. Nie zdążymy na autobus. Kobieta bierze zapłatę za jedną paczkę, a pozostałe wkłada mi w dłonie. Nie mogę tego przyjąć. Spogląda mi prosto w oczy. Mam zapas. Obejmuje swoją dłonią (a właściwie jej szkieletem) moją, która kurczowo trzyma opakowanie chusteczek. Pozwalam sobie pomóc. Obiecuję wrócić tą samą trasą. Przyniosę jej obiad. I nie zapomnę. Kilka godzin później już jej nie ma. Kolejnego dnia nie ma śladu po przeziębieniu.

Dodaj komentarz