-Nie masz ociekacza na sztućce?
-Nie mam, ale jest czajnik.
-To już coś.
-Przyniosłam Ci miski, wałek…
-Niepotrzebnie.
-Potrzebnie, potrzebnie. Trzęsą Ci się ręce.
-Z zimna.
-Nie z zimna.
-Nie wiem, co powiedzieć.
-Zacinasz się. To do Ciebie niepodobne.
-Denerwuję się. I zimno jest.
-Mieszkanie było nieogrzewane podczas Twojej nieobecności. Co Ci tam dawali?
-Klasyka.
-Ciepłej wody też nie ma. Zalegałaś z opłatami w spółdzielni. Opłaciłam tylko zimną.
-Po to robisz?
-Żebyś stanęła na nogi.
-Dam sobie radę.
-Niby jak?
-Ręce Ci się trzęsą. Do roboty się nie nadajesz. Zaczęłaś się jąkać. Masz dziury w głowie.
-Długo jeszcze tu będziesz?
-Póki nie zaśniesz.
-Ale ja chcę porozmawiać, a nie wiem, co mówić.
-To pisz.
-Co?
-Pisz. To, co chcesz, aby inni wiedzieli i usłyszeli. Pisz. Notuj. Tu jest twoje pióro. Bierz je do ręki. Natychmiast. I pisz.
Dymi mi z czachy. Chce mi się pić i rzygać. Ostatnie tygodnie były koszmarne. Zmieniły się piguły na oddziale. Służbistki jedne. Wyganiały do łóżek na ciszę. Zero dostępu do telefonu, jeśli ich zdaniem coś zawaliłaś. Ale z nimi lepiej nie dyskutuj. Zero kontaktów. Tylko paczki. Ale ja nie żarłam tego, co przynosiliście.
