-Zmieniłaś numer telefonu?
-Tak, nie dawała mi spokoju. Nie chciałam, aby szła po moich śladach i szkodziła mi szarpiąc dobre imię. Choroba coraz bardziej oddala ją od społeczeństwa. Dzieje się tak od ładnych dziesięciu lat.
-Poznałam ją, gdy sprzedawała w sieci własnoręcznie uszyte obrusy i serwety. Chciała dorobić, pomóc rodzicom. Oszczędności pochodzące z wyjazdu za granicę szybko topniały, dlatego postanowiła wziąć sprawy we własne ręce i sprzedawać coś swojego. Raczej nie było z tego kokosów. Potem za wikt i opierunek zamieszkała z dziadkiem, który nie wymagał całodobowej opieki, lecz delikatnego nadzoru. Gotowała mu, przynosiła zakupy, pilnowała wizyt lekarskich. Dzięki temu rodzina miała dwoje niepełnosprawnych z głowy.
-Co z jej doktoratem?
-Otworzyła przewód i na tym poprzestała. Promotor okazał się wyrozumiały, ale to nie pomogło. Choroba sprawiła, że M. nie łączyła zdarzeń w całość. Jednocześnie silne zaburzenie osobowości pokazało, że nie była zdolna do zrobienia np. prawa jazdy, a w jej przypadku to konieczność. Prace badawcze i projekty na odludziach. Wyjazdy zagraniczne na stypendium (trzeba było zaliczyć co najmniej dwa) też nie wchodziły w rachubę. Na początku drogi naukowej do interesu trzeba dokładać. Dziadek zdecydował się pomóc M., ale ona przepuściła otrzymane od niego pieniądze. Własnych nie potrafiła zatrzymać przy sobie. Co zarobiła, to rozdała innym w potrzebie. Była wykorzystywana.
-Czym obecnie się zajmuje?
-Jest zdiagnozowana. Mieszka przy rodzicach. Nie otrzymuje renty, ponieważ nie pracowała zawodowo za wyjątkiem sieciówki, w której dorabiała na zlecenie krótko po ukończeniu studiów i przy zbiorach w szarej strefie. Nadal zakłóca porządek publiczny. Wzywa służby. Sieje zamęt. Ze względu na epizody choroby psychicznej nie może podjąć stałej pracy. Ostatnio podobno zostawiła garnek na gazie, po czym wyszła z domu nie zamknąwszy drzwi. Na szczęście matka wróciła odpowiednio wcześnie i ugasiła ogień. Nic się nie stało tym razem. Rodzice są bezsilni. Starają się o sądowe ubezwłasnowolnienie M.
-Mam jedno nasze wspólne zdjęcie, to z Okęcia. Jesteśmy na nim we trzy. Pamiętasz?
-Tak, poleciałyście do Moskwy, aby przejechać się koleją transsyberyjską. Beze mnie. Chciałyście szukać szamanów, a ja się bałam, dlatego nie pojechałam. Poza tym nie miałam pieniędzy. Odprowadziłam Was do samolotu. Tamta podróż miała być początkiem wielkiej przygody.
-Ale nie była. W trakcie przemierzania Rosji doszło do dziwnych sytuacji. M. nie dawała rady unieść ciężaru wiedzy, która przed nią została odsłonięta. Po powrocie do Polski okazało się, że jest totalnie spłukana. Pieniądze na wyjazd pożyczyła od kogo się dało. Nie bardzo miała jak zwrócić. Problemy zaczęły narastać. Resztę już znasz. Od tamtego czasu nasze stosunki się ochłodziły.
-Któregoś razu wyrzuciła mnie z domu. Wtedy pomyślałam, że coś się dzieje. Może dlatego zaczęło się psuć, że w porę nie zareagowałyśmy?
