One

-U mnie ten stan przejściowy trwa już trzy lata. Jeżeli kiedyś będzie Pani mieszkać i pracować za granicą, proszę się nie zgadzać na jakieś przejściowe sytuacje. Gdyby Pani widziała, w jakich warunkach mieszkam  z chłopakiem. Na 20 m2. Inni Polacy, którzy wyjechali z dziećmi, przeklinają ten kraj. Żyją w zagrzybionych norach na jednym pokoju z kuchnią. Polska rodzina z dwojgiem dzieci mieszka tak od siedmiu lat. Dzieciaki chorują. Tamtejsi lekarze nie znają przyczyny, więc nie mogą postawić diagnozy. A ja im mówię. To od grzyba na ścianach i śmieciowego jedzenia. I jeszcze od braku normalności. W okolicy, w której mieszkamy, jest wysoka przestępczość. Strach po zmroku z domu wychodzić, jeśli to miejsce w ogóle można nazwać domem. Ciasnota, zaduch i sypiące się okna. Zimą trzeba kocami okładać, bo tak wieje. Ubrania nie chcą schnąć. Wilgoć. Trzeba wozić do pralni, a to dodatkowe koszty. Dlatego dzieciaki chorują. Zanim przyjechały z rodzicami, widziały tylko obrazki w internecie, jak to dobrze i ładnie jest za granicą. Rodzice lub ktoś z sąsiedztwa przywozili im prezenty. Czekolady, słodycze, zabawki. Jakby w Polsce tego nie było. Dzieci myślały, że jadą do zaczarowanego, lepszego świata. Po przyjeździe czar prysł. Rodziców nie widują. W szkołach nie nadążają z programem. Trochę luzu mają w niedziele, gdzieś przy parafiach. Latem jakieś festyny są organizowane albo Dzień Dziecka. Nie chciałabym skazywać swojego dziecka na takie życie.

-Może kiedyś Pani wróci.

-Mam taką nadzieję. Dlatego nie chcę sprzedawać mieszkania po rodzicach. To rudera, ale zarobię na remont. Spłacę brata. Tak się umówiliśmy. Nie chcę tam zostać. Harować po kilkanaście godzin dziennie jako pomoc kuchenna albo sprzątaczka. To mit, że gdy nauczy się Pani języka, to Pani za granicą do czegoś dojdzie. Do niczego Pani nie dojdzie, gwarantuję to Pani. Też mam certyfikat. Zrobiony jeszcze w Polsce. Podobnie jak wielu Polaków. Wie Pani, w jakim psychicznym dołku ludzie żyją na emigracji? Co się dzieje z ich dziećmi? Mają tak silne zaburzenia, że żaden psycholog tego nie może wyprostować. Rodzice się załamują. Nie wiedzą, gdzie i jak szukać pomocy. Popadają w alkoholizm, w inne nałogi. Na początku, gdy przyjechałam, próbowałam ludziom tłumaczyć, pocieszać jakoś, że to przejściowe, że minie, że kiedyś do czegoś dojdą, gdy zacisną zęby. Wtedy jeszcze w to wierzyłam, ale z czasem wiara osłabła. Zastanawiam się tylko, co będzie, gdy ja złapię deprechę. Kto mi pomoże?

-Ktoś na pewno się znajdzie. To, co robimy dla innych, wraca do nas.

-Pocieszyła mnie Pani.

Dodaj komentarz