Oni. A.

-Przyszłaś w odwiedziny?

-Nie. Tak spaceruję i szukam toalety.

-Myślę, na pacjentkę nie wyglądasz. Na kogoś, kto zabłądził też nie. Pracujesz tutaj?

-Nie, ale poszukuję pracy.

-Jako?

-Właściwie… już sama nie wiem. Czekam na kogoś.

-Chyba nie po narzeczonego przyjechałaś. Szkoda byłoby Cię dla tych świrów, elfiku. Powiem Ci coś. Ja niedługo wychodzę. Jestem tu od trzech dni, ale lekarz prowadzący mówi, że długo to nie potrwa. Na obserwację mnie wzięli. Żona dzwoniła, prosiła, przekonywała. Jest nauczycielką, wiesz, elfiku? Wstydzi się mnie. Dlatego znalazła mi ośrodek aż tutaj, a innym tłumaczy, że jestem w sanatorium.

-Przed kim żona wstydzi się za Pana?

-Przed koleżankami, Dyrekcją, dziećmi. Szanowane stołeczne liceum. Korepetycje, wyjazdy. Nie pasuję do jej towarzystwa. Nigdy nie pasowałem.

-A przed ślubem?

-Przed ślubem też nie pasowałem, elfiku. Ani ja, ani moja rodzina. Pochodzimy ze wsi. Mamy wpojony kult dyscypliny i pracy, a w niedziele obowiązkowo wyjście do kościoła. Poznałem żonę, gdy była na wakacjach i z koleżankami wynajmowała pokoje przy remizie. Gdybym wiedział, jak to się zakończy, w życiu nie poszedłbym wtedy nad jezioro. Chciałem jej zaimponować. Wypłynąłem za daleko, złapał mnie skurcz i ledwo uszedłem z życiem. Pomógł mi kolega. Ona wtedy nawet tym się nie przejęła. Chichotała się z koleżankami. Może gdybym wtedy nie wypłynął, moje życie nie zmieniłoby się w piekło.

-Proszę nie mówić w ten sposób. Na pewno zdarzyło się coś, co Pan dobrze wspomina.

-Są małe wyjątki. Narodziny obu córek. Wypady na ryby. Ale to było jeszcze przed plajtą. Wstawałem z samego rana i szedłem nad Wisłę. Spotykałem tam znajomych. Jeden mieszkał na Pradze. Romek. Dobry chłopina był. Już nie żyje. Zapił się. Ale na kilka lat przed śmiercią jeździł do psychuszki, bo miał, jak to się nazywa, elfiku, jak się widzi albo słyszy coś, czego nie ma?

-Omamy.

-Właśnie, omamy. Ale obiecaj mi, że nie będziesz pracować z takimi jak on.

-Nie mam teraz na to wpływu. Pójdę już.

-Nie idź jeszcze. Opowiesz coś?

-Chyba nie jestem w tym dobra.

-Opowiedz. Bajkę. Albo napisz. Taką o nas, którzy przypadkiem znaleźli się w psychiatrykach. Możemy chodzić tylko w piżamach. A gdy jest zimno, to siedzimy w salach. Tam śmierdzi. Moczem, gównem, lekami. I są kraty w oknach, abyśmy nie uciekli. A gdzie mamy wiać w tych piżamach w środku zimy albo gdy leje. Od razu ludzie by wiedzieli, skąd uciekliśmy. Choć mnie jest wszystko jedno.

-Nie ma Pan innych ubrań tutaj?

-Są w szafce. Ale nie mam do niej klucza. Wiesz, czego mi brakuje, elfiku?

-Nie wiem. Czego?

-Papierosów. Zrobisz coś dla mnie? Nie bój się. Chcę tylko prosić o papierosa. Lekarze i siostry mówią, że nie wolno, ale tu nikt nie zobaczy.

 

 

 

Dodaj komentarz