-I jak po rozprawie?
-Jedna już się odbyła. Rozwodowa. On chciał, aby było z jej winy. Ale sędzina stała po stronie córki i orzekła bez winy. Na szczęście w sądzie nie robił scen. Ale wszystko wypomniał, że niczego nie wniosła, majątku, pieniędzy. Dom stał na działce jego rodziców. Został wybudowany za jego pieniądze, a ona się tylko sprowadziła. Tak powiedział przed sądem. Córka została z niczym. Ma się wyprowadzić wraz z dziećmi od przyszłego miesiąca, a co drugi tydzień dzieci mają być u niego. Nawet nie wspomniał o tym, że przez całe 16 lat małżeństwa nie dał na dzieci ani grosza.
-To z czego żyli?
-Z wypłaty córki. On tylko płacił podatek od nieruchomości, a rachunki dzielił na pół. Córce nie dał ani razu na ciuchy albo kosmetyki. Niczego jej nie kupił przez te lata. Wyobraża sobie Pani? Nawet kwiatka na Dzień Kobiet ani czekolady. Nigdzie jej nie zabrał. Na żadne wczasy, urlop, do kina, na pizzę. Na urodziny też niczego nie kupił. Niczego. Nie wyprawiali urodzin ani jej ani dzieci. Dopiero gdy trochę podrosły, to inne dzieci zaczęły je zapraszać na urodziny, więc chodziły i chciały mieć jak u kolegów, więc córka się postarała. Zamówiła tort u koleżanki z pracy. Tamta dobrze piekła. Na chrzciny, komunie, wesela piekła. I córka u niej zamawiała. Wszystko opłacała z własnych pieniędzy, żaden sąd w to nie uwierzy. Nadgodziny brała. Zaraz po macierzyńskim odstawiała dzieci od piersi i szła do pracy, bo ten jej nie dawał ani grosza. Nawet złotówki na kocyki, zasypki, pieluszki. Wszystko kupowała za swoje pieniądze albo dostawała od nas. Dzieci wstydziły się kolegów zapraszać do domu, bo ciągle było zimno, nienapalone. On oszczędzał na węglu. Jadł byle co. Bo u niego w domu też tak było. Jedli ciągle kartofle albo kapustę. Nieprzyprawione. Żadnych owoców lepszych, jak to latem, truskawek, czereśni, śliwek. My kupowaliśmy i przez to dzieci pojadły. Przetwory u nas robiliśmy. Córka woziła słoiki autobusem po trochu, bo jemu było szkoda na paliwo i wody na mycie słoików. Urodzin, imienin też nie świętowali. Prezentów sobie nie kupowali. Dopiero gdy córka weszła do rodziny, pierwszy raz do teściowej na urodziny przyszła z prezentem i kwiatkiem, to tamta nie wiedziała, co gadać. Tak się zapowietrzyła. Na wakacje nie jeździli, na żadne urlopy. Wszystko do skarpety. I on taki sam. Każe oszczędzać. Na wodzie, na rachunkach, na jedzeniu. A najgorsze, że jeszcze jedna rozprawa będzie. O rozdzielność majątkową. Nie ma żadnych świadków. Nikt nie chce składać zeznań. Od niego z rodziny się wypięli. Sąsiedzi, koledzy z pracy też. Tylko mój syn, który na stałe mieszka i pracuje za granicą, obiecał pomóc. Przyjedzie złożyć zeznania, ale co on może wiedzieć. Tylko tyle, ile mu opowiedziałyśmy. My córki do siebie nie weźmiemy, bo mamy małe mieszkanie, a ona z dwójką dorastających dzieci, to się nie pomieścimy. Zasądzone, że od przyszłego miesiąca ma opuścić jego dom, bo wszystko na niego stoi, a on kazał jej się wynieść i nastawia dzieci przeciwko niej. Mama szuka nowego tatusia, tak gada, i tak każe dzieciom po ludziach opowiadać.
-Takiego chłopa sobie wybrała.
-To nie ona wybrała! To ja jej go podsunęłam! Mówiłam, córuś, on taki porządny, duża działka, dom buduje, do kościółka chodzi. Dobrze Ci będzie z nim. Rodzina też porządna. Żadnych pijaków, zboczeńców. Ale kto by pomyślał, że w nim siedzi takie skąpstwo. To choroba. A ja nie mogę sobie wybaczyć, że zrujnowałam życie własnemu dziecku. Płaczę po nocach i nie wiem już, co robić. Ona sama nie da rady utrzymać dwójki dzieci i kupić mieszkania. Nie ma niczego odłożonego, żadnych oszczędności. A ja jej nie pomogę.
