-Rodzice nie chcieli, abym studiowała daleko od od domu. Zagrozili, że nie będą mnie utrzymywać, jeśli wyjadę i nie zapłacą za akademik. Marzyli, że będę studiować na akademii wojskowej. Wie Pani, służby mundurowe, dodatki, przywileje, wcześniejsza emerytura.
-A Pani?
-A ja chciałam uciec z domu jak najszybciej. Okazja nadarzyła się dopiero po maturze. Zdałam egzaminy na germanistykę. Wybrałam ten kierunek, bo było mało chętnych.
-Wyjechała Pani na studia?
-Tak, ok. 400 km od rodzinnego domu. Rodzice nie dali mi ani grosza. Zbierałam truskawki, a potem zrywałam wiśnie, aby trochę odłożyć. W tajemnicy pojechałam na egzaminy. Gdy dowiedziałam się, że zostałam przyjęta, płakałam ze szczęścia.
-Rodzice podzielali Pani radość?
-Skąd. Ojciec się nie odzywał. Mama przez całe życie się go bała, więc nie stanęła po mojej stronie.
-Kto Pani pomagał w tamtym czasie?
-Zaraz po przyjeździe do miasta poszukałam dorywczej pracy. Sprzątałam mieszkania i domy. Nie wyobraża sobie Pani, jaki bałagan mają ludzie w domach. Ile się namyłam tych łazienek, podłóg. Koszul naprasowałam.
-Szkoła życia.
-Tak, ale nie żałuję. Miałam swoje pieniądze, towarzystwo. Do domu rzadko przyjeżdżałam. Jedynie na święta i czasami w wakacje. Byłam tak zmęczona życiem studenckim, dorywczymi pracami, że nie miałam sił na wyjazdy do domu.
-Przepraszam, że pytam, jest Pani jedynaczką?
-Tak, dlatego rodzice chcieli, abym została u nich na stałe. Myśleli, że jeśli nie dadzą mi pieniędzy, to się załamię, ale ja postawiłam na swoim.
-Niesamowite. I wytrwała Pani w tej decyzji?
-Do czasu, gdy ojciec zachorował. Żal mi było mamy, bo została sama w domu z chorym mężem, który nie mógł już pracować. Umówiliśmy się, że przeniosę się na zaoczne i pomogę mamie przy ojcu, a on sfinansuje mi czesne.
-Przeszło mu?
-Co przeszło?
-Te fochy na Panią?
-Tak, pogodziliśmy się. Dotrzymał słowa i opłacił moje czesne, a ja do końca studiów zostałam z mamą i zajęłam się domem. Moja praca magisterska powstała w nocnych pociągach. Pisałam ją na kolanie, a potem przepisywałam na komputerze. Z czasem dom zmienił się w szpital i bibliotekę. Praca zebrała dobre recenzje. Promotor sugerował studia doktoranckie, ale wtedy nie chciałam o tym myśleć ze względu na sytuację w domu. Teraz jestem innego zdania. Mogłam zostać w mieście i robić karierę naukową.
-Powiadają, że nie ma tego złego…
-To niezupełnie tak, jak Pani mówi. Obecnie pracuję w firmie, w której zajmuję się głównie ściąganiem plików ze słupkami i odczytywaniem e-maili. Aby coś takiego robić, nie trzeba mieć studiów. Wystarczy umieć czytać i pisać. Nawet niemieckiego nie trzeba znać, bo przy podpisywaniu umów z sąsiadami korzystamy z usług tłumaczy przysięgłych. Wie Pani, że nabawiłam się astmy na stare lata? Mój syn też ma astmę. Lekarze zalecają pobyt sanatorium, a ja tłukę się z nim pociągami, bo mąż nie chce brać wolnego, aby nas odwieźć. Czuję się stara i brzydka. Miasto mnie dusi. Mieszkamy na osiedlu strzeżonym. Mąż bardzo dobrze zarabia, ale całymi dniami nie ma go w domu. Często wyjeżdża służbowo. Korzysta czasami z mojej pomocy, gdy trzeba coś na szybko przetłumaczyć z języka technicznego. Zdecydował, że syn pójdzie do prywatnej szkoły. Już ją nawet wybrał. Tylko że szkoła mieści się na drugim końcu miasta. Jest tam kiepski dojazd, a ja pracuję za miastem, czasami zostaję po godzinach i nie mam samochodu.
-A prawo jazdy jest?
-Nie mam. Mąż mówi, że nie będzie ze mnie kierowcy i w życiu nie da mi kluczyków.
