Jak głosi starszawe porzekadło, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, co w praktycznym rozumieniu podejmowanych przeze mnie działań oznacza: jeśli próbujesz samodzielnie ugotować coś, czego wcześniej nie robiłaś, nastaw się na skutki uboczne. Nie będę podawać receptury, bo nie ona stanowi przekaz owego wpisu, lecz poniesiona szkoda w postaci kilkudziesięcioletniego dzbanuszka do zaparzania herbaty. Jak można było do tego dopuścić?! Po pierwsze pazerność. Po wtóre zapominalstwo. Gdybyś nie wymyśliła robienia zapasów z warzyw na wywar oraz rybę po grecku, dzbanuszek nadal byłby z Tobą. Pamiętaj, że nie jesteś wiewiórką. Nie potrzebujesz gromadzić niczego do jedzenia na potem. Masz orzechy? Masz i to w ilościach wystarczających do nakarmienia całego stada wiewiórek. Po co Ci jeszcze mrożone warzywa? Ale wracając do przesądzonych losów dzbanuszka. Utraciłaś go w bardzo prosty sposób: zmieniając nakładki wielofunkcyjnego urządzenia kuchennego oraz wypróbowując ich działanie. Nacisnęłaś w wyznaczonym miejscu. Warzywa stają się idealnie poszatkowane. Zmieniłaś nakładki. Jedna zsuwa się i z impetem ląduje na imbryku. Słychać dźwięk tłuczonej porcelanowej pokrywki. Nie chcesz tego widzieć. Nie chcesz. Nie chcesz… Do końca masz nadzieję, że da się go uratować. Nic z tego. Sprzątasz potłuczone kawałki niemalże od razu i wyrzucasz je do kosza. Będzie mniej bolało. To tylko dzbanuszek. Nie martw się. Kupisz sobie następny. Tylko który przetrwa wszystkie życiowe przeprowadzki, remonty kuchni, zmianę umeblowania, czyli 40 lat soczystego domowego życia? W sumie herbata ekspresowa też smakuje wyśmienicie. całuchy-kluchy
