Bistro jest utrzymane w klimacie stylizowanym na industrialny. Dostrzegam kilka braków w niedopieszczeniu szczegółów oraz oświetlenia, ale dziś postanawiam tego nie zauważać. Objuczona torbami niczym biblijny osiołek weszłam tam z zamiarem zjedzenia czegoś pysznego, co miałoby zastąpić mi ciepły posiłek o późnej porze. Wewnątrz dwóch klientów. Przy ladzie uwijają się dość ładne młode kobiety. Na blacie stoi przeznaczony na napiwki słoik z napisem „Zbieram na suknię ślubną i buty”. Po złożeniu zamówienia podpytuję, kto z obsługi ma w planach zmianę stanu cywilnego. Przyznaje się do tego jedna z kelnerek, na co odpowiadam:
– Sądząc po zawartości słoika jeszcze trochę Pani brakuje.
-Tak, ale już coś odłożyłam.
-To ja Pani coś dorzucę.
Monety pobrzękują cicho. Odchodzę od lady. Zdejmuję palto i zajmuję stolik. Cholera, jak tu zimno. Ogrzewanie wysiadło, czy co, myślę i czuję, jak narasta we mnie agresja, ale doskonalę się w cnocie cierpliwości i nie zwracam uwagi obsłudze, że w takich warunkach raczej ciężko mi będzie odczuwać przyjemność z jedzenia. Ogrzewam dłonie o filiżankę z kawą. Wkrótce pojawia się komunikat, że mogę odebrać zamówione potrawy. Zwracam się do kelnerki, tej, która zbiera na suknię ślubną:
-Dziękuję. Zimno coś tutaj.
-Szef kazał oszczędzać na ogrzewaniu, zwłaszcza gdy jest mało ludzi.
– Ja nie lubię, gdy jest zimno.
-My też nie.
-Podobnie jak nie lubię bywać w miejscach,w których oszczędza się na ogrzewaniu.
-My też nie.
Śmiejemy się wszystkie. Zabieram tacę z potrawami, które smakowałyby całkiem nieźle, gdyby tak szybko nie wystygły. Silny głód sprawia, że prędko pochłaniam zwartość talerza. Ubieram się na stojąco dopijając kawę (i wyjadając mleczko łyżeczką). Na odchodnym rzucam w stronę obsługi:
-Życzę Pani, aby jak najprędzej odłożyła pieniądze na sukienkę i buty. Proszę pozdrowić kucharza.
